poniedziałek, 5 października 2009

Jastrzębie

Zbudowaliśmy ogrodzonko dla kur. Puściłam prąd – tłucze porządnie. Jeszcze kawałek trzeba uprzątnąć ze sterty kamieni, by można było dostawić ostatnie 3 pale, no i dół siatki obłożyć kamieniami coby uszczelnić ogrodzonko. To nie koniec. Musi być siatka rozpostarta  n a d  wybiegiem, aby wróg no.1 nie mógł pustoszyć mi stadka. Złowróżbny odgłos jastrzębi rozpoznam nawet na Alasce. W TV leciał jakiś amerykański film kryminalny, włączyłam go w trakcie i po charakterystycznym okrzyku jastrzębi, bujnym śniegu i małomiasteczkowej architekturze od razu rozpoznałam jakie to miejsce. No, ale jastrząb to była pierwsza wskazówka, która naprowadziła mnie na Alaskę. Jastrzębie to rzadkie ptaki i spotyka się je tylko w dzikich, dziewiczych rejonach obfitujących w bogatą zwierzynę łowną. Jastrzębie żywią się gryzoniami, zającami, ptactwem, a nawet potrafią zabić małe koźlę. Na moim rancho nad rzeczką mieszkają 3 jastrzębie. Dwa dorosłe i jedno młode. Polują regularnie na moje kury. Są zmorą drobiu. Mocno przetrzebiły stadko kur.

sobota, 3 października 2009

Wybieg dla kur

Wybieg dla kur prawie gotowy. Ogrodzenie poziome prawie skończone. Został jeszcze kamienny odcinek do uprzątnięcia i siatka odetnie kury od lisów.
 
Wolontariusz wreszcie przykręcił listwę do łóżka. W zasadzie jutro może się wprowadzić do swojego pokoju, jakby chciał.
 
Nacięłam drewna do pieca, napaliłam, nagrzałam wody. Poprałam, pozmywałam, ugotowałam obiad, a wcześniej zajmowałam się zwierzętami i poprawianiem ogrodzeń wybiegów.
 
Jest ciepło tak, że aż mnie sen morzy. Nawet TV nie chce mi się oglądać... 

czwartek, 1 października 2009

Przybył wolontariusz z Poznania

We wtorek udałam się w 40km trasę na rowerze. Przyciągnęłam ok. 50kg materiałów budowlanych, w tym klej do glazury, 10 kołków do obory, 1,20m2 szyby w 16 kawałkach, farbę na rdzę, silikon, krzyżaki do luksferów. Namęczyłam się, bo wózek napierał na tylne koło i hamował jazdę, no ale przyciągnęłam te rzeczy na Rancho, więc mogę kontynuować remont.
 
W środę zrobiłam zakupy w pobliskiej wiosce. Oczywiście też rowerem pojechałam, tym razem bez wózka – wystarczył pojemny bagażnik. Jechało się o niebo lżej. Przywiozłam 15kg worek ziemniaków, pieczywo, warzywa, margarynę. Ledwo wróciłam i rozpakowałam się i trochę pokręciłam po domu – wyszłam przed dom zamknąć kurnik – zobaczyłam zbliżające się jasne światło. To nowy wolontariusz przybył. Jazda z Olecka zajęła mu godzinę i 40 minut, czyli nieźle biorąc pod uwagę, że jechał pierwszy raz tą trasą, po ciemku i mocno obładowany. Jego rower ma fajne, pojemne sakwy. Rower stary, ale zadbany. Wolontariusz przyjechał do Olecka z Poznania pociągiem, a dalej z Olecka na Rancho rowerem.
 
Nakarmiłam wolontariusza, pogadałam, wykąpałam i posłałam spać w stajni , bo pokój w którym ma mieszkać trzeba odnowić, przemeblować i wysprzątać. Razem damy radę uporać się z tym szybko.
W stajni śpi na strychu na piankowym materacu, ma tam dwie kołdry, śpiwór, śpi w dresach, więc powinien przetrwać tę jedną noc. Jeśli będzie mu się tam dobrze spało, to pośpi tam kilka dni dopóki nie doprowadzimy pokoju do stanu używalności. Jeśli będzie mu zimno, to sklecimy mu szybko jakiekolwiek spanie w domu Indianki. Wczoraj deklarował się, że wstanie skoro świt, ale jest z dalekiej podróży, więc pozwoliłam się mu wyspać do woli.
 
Roboty mam tu na 10 osób. Mamy co robić - czasu przed przymrozkami mało. Trzeba się będzie sprężać ostro. Dziś start.
 
***
 
Dzisiaj pierwszy dzień pracy poznańskiego wolontariusza. Dałam mu pospać, pracę zaczęliśmy późno, po 10.00, ale to dlatego, aby miał nieco czasu się zaaklimatyzować.
Nacięliśmy drewna na ogrodzenie wybiegu dla kur. Ja cięłam piłą spalinową, bo mi to szybciej i lepiej szło – on odmierzał kawałki, które miałam przecinać i porządkował nacięte żerdzie.
 
Potem ja poszłam robić obiad, a on zwoził taczką nacięte żerdzie. Długo to robił, ale to nienawykły do fizycznej pracy człowiek, który ostanie 10 lat spędził w mieście i ma filozoficzne podejście do pracy, więc robił to swoim refleksyjnym rytmem. Nie wtrącałam się – staram się być wyrozumiała. Nie każdy jest taki szybki i wydajny jak ja, a człowiek jest pełen dobrych chęci, więc niech robi to po swojemu, byle zrobił dobrze i miał satysfakcję z dobrze wykonanego zadania.
 
Nadeszła próba charakteru dla wolontariusza. Rozpadał się straszny deszcz z gradem, wiało. Wolontariusz dzielnie sprostał. Twierdził, że nie dość, że zwiezie to nacięte drewno, to jeszcze natnie kolejne. No, ale wystarczy, że zwiezie to co nacięte – jutro z tego zrobimy ogrodzenie.
 
Jutro postawimy to ogrodzenie, a w sobotę chcę wreszcie wkleić pozostałe luksfery. Już mam wszystko co potrzebne by je wykleić, więc nie ma co się ociągać, bo temperatura spada każdego dnia o parę stopni.
 
Jutro ma być tylko 9 stopni, więc dziś łóżko naprawimy i jeśli wolontariuszowi będzie zimno w stajni, będzie mógł spać w domu.
 
Chociaż nadal nie powinno być mu zimno – ma dobry śpiwór, dwie kołdry – mówił, że było mu aż za ciepło dziś w nocy.

sobota, 26 września 2009

Film "Cold Mountain"

"Kto ma kozy ten da sobie radę. Ma towarzystwo, mleko i ser, a w razie potrzeby i mięso." – powiedziała dobra kobieta ratując rannego żołnierza od śmierci.

Jestem szczęśliwa

Jestem spokojna i szczęśliwa. Tak się czuję dziś. Wierzę, że wszystko ułoży się dobrze. Wszystkie moje sprawy. Spokojny poranek. Za oknem bezsłoneczny dzień, lekko kropi. Patrzę na podwórko – wiele jest jeszcze tutaj do zrobienia, ale to cała przyjemność leży w tym kreowaniu przestrzeni wokół siebie swoimi łapkami. Zdolne i pracowite łapki mam, więc radę dam ;)

Siedzę przy wysokiej skrzyni, na której rozłożyłam stosy papierów do przerobienia. W radio śpiewa mój ulubiony wykonawca: Robbie Williams. Pięknie śpiewa. Tak romantycznie i kołysząco.

Zaraz śniadanko, potem wydoić kozy i zabieram się za papierki. A, sprawdzę czy mi papryka urosła i wykopię trochę ziemniaków na obiad.

czwartek, 24 września 2009

Second Life

O, udało się ściągnąć Second Life... super... Gdy znajdę nieco czasu, rozpracuję to.
Dziś dzień pochmurny, chłodny. Nieodwołalnie zabieram się za papierkowe sprawy.
Fizycznie czuję się tak sobie – wczoraj za długo rozmawiałam z przyjaciółmi w sieci i mam kaca z niewyspania, za to myślenie mam dzisiaj jasne i klarowne, takie w sam raz do rozwiązywania zadań matematycznych i innych intelektualnych.
 
Luksfery będę kleić w weekend, po uporaniu się z papierami. Niech no tylko mam to już za sobą, te papierzyska, to wówczas z upodobaniem zajmę się praktyczną architekturą wnętrz mojego domu...

wtorek, 22 września 2009

Osada

Obejrzałam dziwny film. Opisywał współczesną, starodawnie zorganizowaną osadę ludzką, znajdującą się w wydzielonej i strzeżonej enklawie. Mieszkańcy osady żyli prosto i niewinnie. Osadę stworzyli ludzie z miasta, którzy stracili w mieście bliskich, pomordowanych w różnych okolicznościach przez różnych przestępców. Aby zapobiec wtargnięciu cywilizacyjnego zła, starszyzna reaktywowała legendę o morderczych stworach żyjących w lesie, mającą na celu zatrzymanie młodzieży w osadzie. Osadnicy żyli wiele lat w zakłamaniu.

Ja też mam swoją enklawę, ale zachowuję kontakt ze światem... ;) Gdybym miała szybszy transfer, miałabym lepszy kontakt ze społecznościami internetowymi. Jest ich coraz więcej i są wśród nich takie, do których bym się chętnie przyłączyła. Do paru już należę, takich czysto funkcjonalnych i użytecznych jak Allegro, ale jest jeszcze kilka rozrywkowo-twórczych do których bym ochoczo zajrzała, takich jak Second Life, ale niestety, internet za słaby tu.

Zaprawa

Rozflancowałam kolejną roślinę. Obrobiłam 3 okna luksferowe – na czwarte zabrakło zaprawy, no ale to co zrobiłam to już schnie. Jak będę miała zaprawę – dokończę. Nawet lubię się bawić zaprawami. Jestem dokładna w tym co robię. Grunt, to nie rozrabiać za dużo zaprawy na raz, bo potem trzeba robić czy się chce czy nie, bo inaczej zmarnuje się.

W budowlance podstawa to wierzyć w siebie. Faceci partaczą, ale wierzą w siebie, nie zrażają się i ćwiczą na materiałach za które płacą jelenie, aż w końcu uczą się robić porządnie i zgarniają wielką kasę odzierając z ostatniego grosza bezradne kobiety. Indianka nie jest trąbą i sama sobie otynkuje ściany i wstawi kolejne luksfery. Rzekłam!

poniedziałek, 21 września 2009

Wieczór

Porobiłam flance z kalanchoe i rozsadziłam. Ta czerwonokwitnąca odmiana
dobrze rośnie, ale ta druga różowa - coś ją niszczy. Zmieniłam ziemię -
jeśli to wina ziemi, to powinna roślina wydobrzeć.

Papryczki chilli ładnie owocują na czerwoniutko. Zniosłam je do pokoiku
jeździeckiego. Czerwień papryczek gra z czerwienią kwiatów rośliny z Gminy.
Nie wiem jaką owa roślina nosi nazwę, ale bardzo ładnie kwitnie.

Posadziłam pędy ziół. Część w donicach, a miętę na wilgotnej łące.

Piekę chleb. Tym razem experymentalnie z dodatkiem kaszy jęczmiennej i
odrobiny mąki ziemniaczanej.

Zabrałam pościel i materac z namiotu i przymierzam się do jego łatania i
zwijania.

Bez sił

Wczoraj zupełnie bez power’u byłam. Ledwo nogami powłóczyłam po gospodarce. Pogoda dziwna:
już się skończyło lato, a jesień jeszcze się nie zaczęła. Powietrze nieruchomo stało. Było ciepławo.
Zero wiatru. Zero śpiewu ptaków. Jakby się zatrzymał czas.
 
Zrobiłam co zaplanowałam. Napaliłam w piecu, nagrzałam wody i wykąpałam się. Moje liliputki mnie rozczulają – zamiast do kurnika iść na noc – siadają na ganku na drzwiach ;)). Pocieszne ptaszki.
Natomiast kugut leghorn zamiast normalnie do kurnika przez drzwi wmaszerować – fruwa na strych odbijając się z ziemi i wlatując przez otwór strychowy do podawania siana. Stamtąd schodzi do kurnika. Chyba normalne wejście przez drzwi wydaje mu się zbyt trywialne i stąd woli brawurowe latanie na strych :) Koguty zielononóżki mają przepiękne ubarwienie. Śliczne piórka. Kury się nie niosą, bo nie ma pszenicy, albo niosą się w zaroślach i stąd brak jaj w kurniku.
 
Konie wreszcie przyjęły do wiadomości, że w pastuchu płynie paskudny prąd i przestały rozrywać taśmy.
 
Zbliża się jesień. Wiele jest do zrobienia przed tą porą roku.
 
Dwóch wolontariuszy przymierza się do przyjazdu na me gospodarstwo. Jeden chce przyjechać na rok, a drugi nie wiem na jak długo. Jednego już z grubsza prześwietliłam, a drugiego dopiero prześwietlam.
 
Nie wiem, na ile są wydajni i będą tutaj pomocni. Mam obawy. Raczej jestem sceptyczna, bo to mieszczuchy z dyplomami magistra. Jeden mgr matematyki, drugi ochrony środowiska. No, ale trzeba ludziom dać szansę wykazać się. Jeśli któryś z nich się sprawdzi – zaopiekuje się moim gospodarstwem, a ja wyjadę do UK zarobić na remont domu, budynków, drogi dojazdowej, ogrodzenie i lepsze zagospodarowanie ziemi oraz na zakup sprzętu do pielęgnacji ziemi no i na samochód terenowy - niezbędny przy tak wyboistych tutejszych drogach.

niedziela, 20 września 2009

Relaks

Dziś robię sobie dzień wolny. Co prawda nie do końca wolny. Właściwie nie
tyle wolny, co mniej wyczerpujący. Mam w planie zajęcie się papierami i
zmywanie naczyń, pranko, dojenie kóz, karmienie zwierząt. Powyższe czynności
bez zbytniego ciśnienia, tak na luzie planuję je wykonywać. Chyba namiot
zwinę, bo robi się coraz chłodniej i zapewne tam już w nim nikt w tym roku
nie będzie spał. Co gorsza konie dobrały się do tego namiotu i go
podniszczyły.

Za oknem ładna pogoda. Na oknie zakwitła pięknie czerwonym kwieciem
podarowana mnie przez urzędniczkę z Gminy roślina. Ma aż trzy pąki kwiatów!
Cudo. Mam tych roślin więcej, wyhodowanych z odrostów, ale tamte jeszcze nie
kwitną, może za młode? Na pewno za młode. Poza tym dopiero się ukorzeniają.

Także monstera, którą dostałam w prokuraturze się wreszcie przyjęła.
Dostałam ją, gdy była
zima i mróz - zmarzła i liście zwiędły, gdy wiozłam, ale łodygę wsadzilam w
glebę i ona
wreszcie się ukorzeniła i wypuściła niedawno nowy listek. Lubię ten rodzaj
roślin. Rodzice takie mieli w naszym osiedlowym mieszkaniu w Szczecinie. Ta
największa stała w dość ciemnym kącie, ale dobrze sobie radziła.

sobota, 19 września 2009

Remont obory

Owocny to był dzień. Wyrównaliśmy jedną mocno zmasakrowaną zębem czasu
ścianę w oborze oraz obrobiliśmy dwa kolejne otwory okienne wraz z wnękami,
szykując je pod wstawianie luksferów.

Niestety, materiały się pokończyły - brak cementu, kleju do glazury,
krzyżaków do luksferów, listwy do luksferów, silikonu do szybek, szybek,
zaczepów do wmurowania w ściany. Nie mam kasy by dokupić teraz. Martwię się,
bo temperatura spada i boję się, że nie zdążymy wyremontować obory przed
przymrozkami. Przymrozki mogą zaszkodzić zaprawom.

Mój Eden

Pracowicie, ofiarnie, od 7 lat buduję mój Eden, mój raj na ziemi.
Zaangażowałam się w to przedsięwzięcie całą sobą wykorzystując do tego celu
wszystkie moje życiowe umiejętności i doświadczenia oraz wrodzone talenty.
Zaangażowałam w ten projekt cały mój wypracowany w życiu majątek.
Żadne przeciwności losu ani zawiść ludzka nie jest w stanie mnie zniechęcić
do tego projektu, bo ja nim żyję. Moja wyobraźnia i marzenia są pełne
cudownych wizji boskiego Edenu, do którego dążę, który wytrwale buduję.


Jest mi przykro, że nie ma przy mnie kochającego mężczyzny, który by mnie
kochał i troszczył się o mnie oraz wspierał w tym co robię. Nie spotkałam
takiego. Spotkałam za to paru małodusznych, egoistycznych typków, których
moje marzenia i Ja znacznie przerastają. Zamiast wspierać, ciążyli niczym kula u nogi, ściągali mnie w dół.  Byli zbyt wielkim ciężarem, podcinali skrzydła, obrzydzali marzenia, więc musieli odejść. Odpadli od
spódnicy, gdy tylko raz się zamaszyście zakręciłam. A ja lubię
nieoczekiwanie wirować gdy przyziemne typki mnie dobijają :)

Prawdopodobnie przyjdzie mi dokończyć dzieła samodzielnie. Mój królewicz
godny MNIE i MOICH MARZEŃ chyba nie istnieje.

Gdy tu na Mazury sprowadziłam się, zakładałam współpracę i dobre relacje z
mazurskimi wieśniakami, mimo, że chodziły słuchy, że Mazurzy bywają wredni, zawzięci.

Niestety, miejscowa hołota szybko wyprowadziła mnie
z mego dobrodusznego i chyba naiwnego podejścia do ludzi sprzed kilku lat.

Kradzieże, pomówienia, kopanie dołków pode mną - dosłownie i w przenośni.
Miejscowe typki pokazały jakie z nich nikczemne szuje, do jakich podłości są
zdolne. Bóg większość tych nikczemników już ukarał, resztę rozliczy też.

Od pewnego czasu próbuję przełamywać moją narosłą tutaj przez ostatnie lata
przykrości niechęć do kontaktów z miejscową ludnością, próbuję odnajdywać
wśród nich jakieś wartościowsze jednostki z którymi warto współpracować.

Jest kilka takich osób. Nie spodziewam się po nich za wiele dobrego, więc nie
grozi mi rozczarowanie. W każdej społeczności można spotkać wartościowsze
jednostki.

Ja długo myślałam, że tu nie ma żadnej takiej osoby, bo spotkało
mnie tu wiele złego od miejscowych wieśniaków. Z jednym wyjątkiem,
jakiekolwiek kontakty z sąsiadującymi wieśniakami były po prostu
nieprzyjemne, wręcz odpychające. Najbliżsi sąsiadujący wieśniacy to ludzie
nieprzyjemni, chamscy, wredni, złośliwi, szkodliwi, kopiący dołki pode mną,
a w najlepszym razie to obojętna znieczulica. Nie lubię tych ludzi i już
nigdy nie polubię. Sprawili, że moje pierwsze lata w nowym miejscu były
cięższe i trudniejsze niż musiały być. Wiele podłości doznałam od tych
ludzi. To są okropni, pełni zawiści i złych intencji interesowni ludzie
skupieni wyłącznie na swoich egoistycznych potrzebach, nieliczący się z
drugim człowiekiem. Ich się po prostu nie da lubić.

Na szczęście w okolicy zdarzają się pozytywne jednostki z którymi coś można
działać wspólnie i to jest budujące. Z pewną dozą nieufności i zdziwienia
odnoszę się do tych jednostek, które stać na jakieś pozytywne zachowania. Ta
nieufność to mi już chyba zostanie - za bardzo się sparzyłam na moich
najbliższych sąsiadach.

Myślę, że ostrożność w kontaktach z miejscowymi jest
bardzo wskazana. Tym ludziom nie można ufać. Ja - nie zaufam. Jednak próbuję
się przełamywać i wchodzić w pożyteczne relacje z niektórymi okolicznymi
wieśniakami.

Wczoraj kolega z Podlasia zapytał mnie, czy lubię bardziej ludzi z miasta
czy ze wsi. Odrzekłam, że nie przeszkadzają mi ani jedni ani drudzy - tak jak innym.
Jestem neutralna tak jak inni. Nie wierzę w nadęte publiczne zapewnienia
tych ludzi, którzy twierdzą, że "kochają wszystkich ludzi". To są słowa bez
pokrycia. Aby kogoś lubić, kochać - trzeba go poznać. Dla mnie nie ma
znaczenia czy człowiek jest z miasta czy ze wsi - byle był wartościowy.

Od zawsze jestem przyjaźnie nastawiona do ludzi. Jeśli kogoś nie lubię - mam ku
temu powody. Nigdy nie kieruję się zawiścią. Nigdy mnie krew nie zalewa, gdy
widzę, że komuś się powodzi lepiej niż mnie i nie zazdroszczę nikomu
niczego. Jestem wolna od niskiej zawiści. Nie znam tego uczucia - jestem
zbyt szlachetna, by się do takich niskich emocji zniżać. Mało tego, brzydzę
się nimi, gdy dostrzegam je u innych.

Ogólnie lubię naszą ludzką cywilizację, zawsze lubiłam, bardziej niż
przeciętny człowiek lubi, jestem przychylnie i przyjaźnie nastawiona do
ludzi. Jeśli lubię, to jednostki, które miałam przyjemność poznać i polubić
obcując z nimi.

Przeciętny człowiek nie zastanawia się nad tym czy lubi
ludzi, tylko na ile mogą mu być przydatni w jego celach. Ja lubię ludzi
bezinteresownie. Nieznanym lub nowopoznawanym daję pewien kredyt sympatii i
zaufania. Ta sympatia i ufność trwa, dopóki dana osoba go nie zniszczy.
Dajmy na to, gdy nowopoznana osoba okradnie mnie lub inną szkodę mi
wyrządzi - sympatia pryska. Czy to kogoś dziwi? A ty, czytelniku? Lubisz być
okradany i znieważany? Jeśli twierdzisz, że lubisz, to znaczy, że kłamiesz. Robisz z siebie
zakłamanego dziwoląga, który wciska znajomym kity.

Gwoli sprawiedliwości, dodam, że są osoby, które faktycznie kochają ludzi
bardziej niż przeciętny człowiek. Jest ich niewiele. Natomiast nie wierzę w
deklaracje rozmaitych karierowiczów robione pod publiczkę.

Dla mnie miarą szczerości owego "lubienia" jest to, co dana osoba jest w
stanie dla drugiego człowieka zrobić. Dla człowieka lub ludzi.

Poznałam kiedyś dwie kobiety: pewną dziennikarkę z kolorowego czasopisma oraz lokalną fotograficzkę, obie twierdziły, że one rzekomo "lubią ludzi". I te "lubiące" osoby wyrządziły mi
wielką przykrość i krzywdę bez mrugnięcia okiem. Bez żadnych skrupułów. Cynicznie mnie
wykorzystały dla swoich egoistycznych celów. Tak wyglądała ich rzekoma "lubość". One powinny dodawać, że "lubią ludzi, ale wykorzystywać".

Wątpię, by którakolwiek z nich w życiu zrobiła coś naprawdę dobrego,
zwłaszcza bezinteresownie, nie pod publiczkę. To po prostu karierowiczki,
które prą do przodu po trupach zasłaniając się pięknymi sloganami bez
pokrycia.

Ja osobiście uratowałam życie człowiekowi z narażeniem tego co mam
najcenniejsze - mojego własnego życia - i zrobiłam to z potrzeby serca, a
nie pod publiczkę. Myślę, że to jest najlepsza miara i świadectwo tego, że
to właśnie ja "lubię ludzi", a nie te bezduszne karierowiczki.

Ktoś, kto twierdzi, że "lubi ludzi", a nie oddał ani razu w swoim życiu krwi
dla ludzi - nie mówi prawdy. Ja nie tylko oddawałam krew dla ludzi w
potrzebie, ja też z narażeniem mojego własnego życia ściągnęłam samobójcę z
dachu.

Jestem dobrym, szlachetnym człowiekiem. Piszę to gwoli uświadomienia
tym, którzy ślepo wierzą moim nieprzyjaznym wieśniackim sąsiadom w szerzone przez nich
bzdury o tym, że ja rzekomo "nie lubię ludzi" i ogólnie jestem rzekomo zła
i godna potępienia i zniszczenia. To są wszystko zawistne pomówienia produkowane przez
złych, nienawistnych sąsiadów, którzy nie potrafią zaakceptować nowej
mieszkanki w swojej wiosce.

Ja LUBIĘ LUDZI tysiąc razy bardziej niż oni lubią. Gdyby oni "lubili ludzi"
to by się zachowywali po ludzku wobec mnie, gdy tu przyjechałam samotnie 7
lat temu. Ja ogólnie "lubię ludzi". Zawsze lubiłam. Ja jedynie nie lubię
moich sąsiadów, bo byli dla mnie wyjątkowo podli, gdy tu osiedliłam się 7
lat temu. Mam prawo ich nie lubić, tak samo, jak oni pozwolili sobie wobec
mnie na ordynarne podłości.

Jeśli mam im kiedykolwiek wybaczyć krzywdy, które mi wyrządzili - muszą je
najpierw naprawić. Ale oni są zbyt pyszni i zarozumiali by się pokajać, przeprosić i naprawić
wyrządzone mi zło.

Dla tych ciemniaków, drugi człowiek i jego potrzeby nic nie znaczą. Nie są
zdolni do tolerancji, przyjaznych odruchów, akceptacji nowego mieszkańca.
Nie są zdolni do okazania dobra. Moje kozy mają w sobie więcej
człowieczeństwa, niż moi najbliżsi wieśniaccy sąsiedzi.

piątek, 18 września 2009

Chleb żytni razowy

Przepis na chleb żytni razowy

Składniki:
3 kg mąki razowej żytniej (oczywiście chleb można zrobić z mniejszej ilości mąki), woda, sól, ewentualnie kminek

Wykonanie:
Zakwas: wymieszaj 2 - 3 łyżki mąki razowej żytniej z łyżką ciepłej wody (otrzymany zaczyn powinien mieć konsystencję gęstego ciasta naleśnikowego). Zaczyn trzymaj kilka dni w cieple, aż sfermentuje, zacznie pachnieć alkoholem, a na jego powierchni ukażą się banieczki. Wówczas posypujemy zaczyn mąką i odstawiamy do lodówki do wykorzystania przy wyrobie chleba. Zaczyn nie może być przetrzymywany dłużej niż ok. 10 dni.

Jeżeli chleb piecze się regularnie, zawsze należy zostawić kawałek surowego ciasta i na nim przygotowywać zakwas do kolejnego ciasta na chleb.

Chleb: 1 szklankę mąki wyrabiamy na gładką masę z uprzednio przygotowanym zakwasem. Jeżeli przygotowany zakwas ma gęstą konsystencję należy go rozrzedzić letnią wodą. Po wyrobieniu odstawiamy zaczyn pod przykryciem w ciepłe miejsce na dobę lub dwie, aż sfermentuje. Gdy zaczyn jest gotowy, łączymy go z połową mąki, którą chcemy użyć w wyrobienia chleba, mieszamy i wyrabiamy dokładnie, rozrzedzając wodą w razie potrzeby. Odstawiamy na kilka godzin do wyrośnięcia i łaczymy następnie z pozostałą mąką. Wyrabiamy i znowu odstawiamy do wyrośnięcia na 3 - 4 godziny. Gdy ciasto wyrośnie, formujemy je w bochenek lub umieszczamy w formie. Ciasto wstawiamy do uprzednio nagrzanego piekarnika (temp. 120 - 1500 C) i pieczemy przez około godzinę.

http://www.rolnictwoekologiczne.org.pl/13_253.html

Wieczór piątkowy

Wpadł kolega Józek spod Filipowa. Zaprasza na wykopki. Why not :) Moich ziemniaków tyle co kot napłakał, choć wyjątkowo smaczne. Ukopałam trochę na obiad. Dzisiaj ja jakaś taka bez power’u jestem – brak mi sił na cokolwiek. Pogoda piękna, sucho, słonecznie. Troszkę za sucho – z trudem wbiłam tyczki w ziemię uzupełniając pastuch. Naprawiłam pastuch i prąd wokół wybiegu koni równo płynie. Może tym razem nie rozerwą taśm, ale i tak zamierzam zrobić stałe ogrodzenie z pali i żerdzi.
 
Odezwał się mój niezrównany dorywczy pomocnik - mości Inseminator. Miał wpaść, niestety – wysiadło mu auto. Szkoda.
 
Ja po wczorajszej wyprawie do miasteczka osłabiona. Łatwo się męczę. Nie należę do osób o wysokiej wytrzymałości fizycznej. Raczej jestem słaba. To upór i poczucie obowiązku pcha mnie do rozmaitych prac i działań. Mam nadzieję, że jutro wykrzesam więcej z siebie, bo robota czeka i tupta nóżkami z niecierpliwości.
 
Wczoraj dotarła do mnie paczuszka od przyjaznych duszyczek z południa Polski :) Bóg zapłać, dobre kobietki :) Dostałam spodnie do jazdy konnej, stanik sportowy, zioła do posadzenia i przepyszną, słodziutką nalewkę z aronii :) Pycha. Wypiłam niepostrzeżenie tę słodką butelczynę w dwa dni :) To brak miłości tak mnie pcha ku słodyczy :) Kiedyś i ja będę wyrabiać naleweczki, wina i konfitury. No, konfitury mam już za sobą – wychodzą mi dobre i trwałe. Czas na wina i nalewki, ale raczej od przyszłego roku. W tym roku jeszcze mam inne zadania to wypełnienia.
 
Tymczasem wybiera się do mnie nowy wolontariusz. Tym razem bardzo szczegółowo prześwietlam człowieka, uprzedzona chamskim odejściem masztalerza i bumelanctwem niektórych wolontariuszy.

Kulejące rolnictwo polskie

Wczorajszy wieczór uwieńczyłam internetowym czytaniem prasy rolniczej oraz rozgrzewających komentarzy rolników i osób związanych z rolnictwem ;)))
Po lekturze kilku artykułów doszłam do wniosku, że nie jest za dobrze w rolnictwie zwłaszcza w tym roku.
 
Zastanawiam się więc, jak odnaleźć moje biedne, niedofinansowane gospodarstwo w tej trudnej sytuacji. Moje gospodarstwo biedne, nierentowne – sytuacja w rolnictwie nieciekawa, do tego rozmaite przepisy obowiązujące w tym państwie utrudniają rentowne funkcjonowanie małych gospodarstw.
 
Na zachodzie Europy nie ma takiej ostrej jazdy z Sanepidem jak u nas. Sery w sklepach leżą wprost na zwykłych drewnianych półkach niechłodzonych, o tym, że klient zbliża się do takiego sklepu z serami wie o tym na kilkanaście metrów przed sklepem dzięki silnemu zapachowi dojrzewających serów – tak jest we Francji.
 
We Włoszech w sklepie rzeźniczym na haku bez chłodni wisi cała krowa, siadają na nią muchy – nikt nie robi afery. Klient podchodzi, pokazuje, który kawałek chce i rzeźnik wykrawa z korpusu odpowiednią część.
 
U nas, by móc legalnie z gospodarstwa sprzedawać serek musisz wystawić serowarnię za 50.000zł. To jest chore. Zamiast zarabiać, ciągle musimy wydawać, a zbyt na nasze produkty i tak nie pokryje poniesionych nakładów.
 
Nasuwa mi się refleksja, że zarządzanie sektorem żywnościowym i rolniczym w Polsce hamuje jego rozwój, dusi w zarodku pożyteczne inicjatywy, zmusza rolników małorolnych do podejmowania dodatkowej pracy zarobkowej w branżach niezwiązanych z rolnictwem, bo możliwości wykorzystywania walorów i potencjału takich małych gospodarstw są zablokowane odgórnie. To jest wielki błąd gospodarczy i krzywda dla wielu małych gospodarstw rolnych.
 
Dlaczego sadownicy zamiast płakać i wyrzynać drzewka owocowe nie zabiorą się za przerób owoców na konfitury, nalewki i wina?
 
Dlaczego swoich produktów nie sprzedają klientom wprost z gospodarstw?
Dlaczego na ciężkiej pracy rolnika, sadownika, hodowcy – najwięcej zarabiają nic nie ryzykujący pośrednicy?
 
Mięso w sklepach drogie, ale rolnik dostaje propozycje tak bezczelne jak 1zł/kg mięsa od cwanych handlarzy. Czy któryś klient Biedronki miał kiedyś okazję kupić świeżą, zdrową wołowinę po 1zł/kg?
 
Sektor owczarski zanika, bo nie ma zbytu na baraninę. Dlaczego nie ma? Czy to mięso jest bezwartościowe i obrzydliwe w smaku? Nie? To czemu nie można kupić baraniny w Biedronce czy innych marketach? Markety nie chcą ryzykować zalegającego towaru? To może stworzyć sieć sklepów które będą skupowały żywność wprost od chłopów płacąc godziwą cenę za produkty?
 
To może by ułatwić przetwarzanie płodów rolnych już na etapie gospodarstw?
Skoro w tym roku żyto zalega w magazynach, czemu by rolnik nie miał go przerobić na mąkę i chleb w samym gospodarstwie? Czemu nie miałby tego pieczywa sprzedawać wprost z gospodarstwa lub wprost z niego dostarczać to pieczywo do sklepów? Dlaczego nie ma firm kurierskich wyposażonych w chłodnie do transportu żywności?
 
Myślę, że są niezbędne poważne zmiany strukturalne w sektorze żywnościowym. Obecnie jest za dużo przepisów i uwarunkowań ograniczających i hamujących rentowność gospodarstw rolnych.
Stanowczo za dużo.
 
Afryka to potężny kontynent pełen surowców naturalnych na którym umiera co kilka sekund dziecko z głodu. Nie można nadwyżek żywnościowych tam wysłać? Nie można zlecić stoczniom polskim budowę masowców do transportu żywności do Afryki i tankowców, gazowców do sprowadzania surowców stamtąd? Afryka nie ma kasy, ale ma surowce. Nam zalega zboże i owoce.
To nie można dożywić tamtejszych narodów w zamian za te surowce? Spadłyby ceny energii w Polsce -–naród miałby więcej kasy na zakupy w marketach. Kupowałby tym chętniej, im niższe by były ceny na żywność, a niższe ceny na żywność będą wtedy, gdy towary do sklepów będą szły wprost od chłopów, z pominięciem pośredników – handlarzy, hurtowników, rzeźni, przetwórni.
Nie lepiej doszkolić chłopa małorolnego jak ma czysto i bezpiecznie przeprowadzić ubój byka i przerobić go na wędliny i kotlety? Chłop zarobi i nie będzie musiał dorabiać w mieście do gospodarstwa, a klient dostanie o połowę tańszą wędlinę w sklepie i o połowę smaczniejszą.
 
Za mało dobrego pomyślunku i dobrej woli u góry? A wy na dole, co tacy wiecznie niezadowoleni?
Macie jakieś racjonalne pomysły na to jak rozwiązać problem wysokich marż w sklepach i u pośredników, problemów ze zbytem płodów rolnych naszych rolników, nadwyżek żywnościowych w Polsce, bankructwa stoczni polskich, głodu w Afryce?
 
 
 
 
 
 

czwartek, 17 września 2009

Wypad do miasteczka

Byłam dziś w miasteczku.Zamówiłam zaczepy u kowala. Szukając szklarza, zajrzałam do sklepu z dewocjonaliami – interesowały mnie Biblie z dużą czcionką i aktualnymi, wiernymi przekładami. Biblia, to pozycja, której brak w moim księgozbiorze, tym bardziej, że ja lubię posługiwać się magicznymi księgami, a czuję, że Biblia do takich należy.
 
Znalazłam szklarza – bez problemu i niedrogo wytnie mi 16 szybek do dużego okna oborowego, tylko mam wymierzyć je i podać rozmiar. A przykleja się je obecnie silikonem – czyli prościzna. Czasy kitu do szkła minęły. Mam chęć te szybki przed wklejeniem wymalować w przepiękne motywy sielskie. Trzeba by było kupić lakier do szkła. Niby mi zostały flakoniki z czasów szczecińskich, ale pewnie już zaschły i nie wiadomo czy by się tego szkła trzymały jakbym je rozcieńczyła rozpuszczalnikiem. Ale zajrzę. Może dałoby się coś wykorzystać. Kiedyś malowałam pasjami i nawet sprzedawałam na jarmarku w Szczecinie. Ludziom podobały się moje obrazki na szkle. Nawet jeśli farby zaschły i przeterminowane, będę mogła je użyć do malowania czegoś innego, np. drewna, a do tych szybek oborowych to kupię świeże lakiery, by mieć pewność, że deszcz nie spłucze. Albo pomaluję szybki od wewnątrz pomieszczenia, to deszcz nie ruszy.
 
Potem zaszłam do ciuchbudy zorientować się co jest i w oko wpadła mi fajna „indiańska” kamizelka, która idealnie pasowała mi do mojej dzisiejszej kreacji, więc ją nabyłam niezwłocznie. Następnie pomaszerowałam na komendę, gdzie złożyłam zeznania jako świadek, w pewnej spornej sprawie.
Zaraz potem udałam się na dworzec PKS i szybko wróciłam do dom, gdzie padłam w me łóżeczko wyciągając z lubością obolałe stopy, obute tego dnia w klapki na obcasie, czyli coś, o czym moje wolne stopy zapomniały na kilka lat. Dziś, po raz pierwszy od kilku lat przypomniałam boleśnie moim stopom o istnieniu obcasów... :) To był prawdziwy masochizm. Moje wolne stopy odwykły od takich tortur... ;) Przeszłam dziś sporo kilometrów na tych obcasach, tylko zdejmując je na odcinku 500 metrów, gdy przemierzałam rosiste łąki w drodze na przystanek PKS.

środa, 16 września 2009

Filmowy wieczór

Alem zaszalała ;) Boska kąpiel w wannie wypełnionej gorącą wodą, kubek mleka koziego na głowę w roli odżywki dla włosów, potem wieczór filmowy do trzeciej nad ranem, aż wszystko wokół zaczęło się robić abstrakcyjne. Oczywiście w międzyczasie pozmywałam, poprałam i ugotowałam obiad, a nawet upiekłam świeży chleb.
 
Nie ma masztalerza, nie ma inseminatora, nowy wolontariusz jeszcze nie dojechał – mam czas i dom tylko dla siebie. Bosko było zanurzyć się w wodzie i moczyć się do woli bez stresu, że ktoś zapuka i będzie coś chciał. To wygospodarowywanie czasu dla siebie narzucili niektórzy wolontariusze, którzy domagali się dni wolnych i ograniczonych godzin pracy. Ja przeważnie o tym zapominam, bo jest tu TYLE do zrobienia, że szkoda mi każdej chwili na nicnierobienie. Dzięki niektórym wolontariuszom, nauczyłam się robić sobie dnie wolne od pracy, lub przynajmniej nie tak wyczerpujące. Jak ktoś tu powiedział: „Nie samą pracą człowiek żyje”. Ja akurat żyję samą pracą, jestem pracoholikiem, więc powinnam się nauczyć wypoczywać, dla własnego dobra. Więc dzisiaj pozwoliłam sobie na relaksowy wieczór – długą kąpiel i oglądanie filmów jeden po drugim. Były dość ciekawe, więc czas szybko zleciał.
 
Chyba niebawem zacznę skąpo pisać tego bloga, lub całkiem zaprzestanę na rzecz kontemplacji dnia powszedniego. Przestanę pisać – zacznę bardziej celebrować me dnie wynajdując w nich jak najwięcej powodów do zadowolenia.
 
Blog jest pomocny w uświadamianiu sobie, co danego dnia pożytecznego zrobiłam, dlatego go zaczęłam pisać.
 
Dzisiaj bacznie przyglądałam się oknom w kuchni. Chyba wstawię tu parapety, aby móc na nich stawiać moją ceramikę póki mebli nie kupię do kuchni.

wtorek, 15 września 2009

Nijaki dzień

Dziś dzień taki nijaki. Ciepło, ale bezsłonecznie. Poprawiam ogrodzenie wybiegu dla koni. Chyba wieczorem się wykąpię, popiorę, pozmywam i wezmę się za porządkowanie papierów póki Inseminatora nie ma. Chyba dzisiaj też go nie będzie.

poniedziałek, 14 września 2009

Oględziny stajni

Dziś przerwa w remoncie. Inseminator nie dotarł. Widać ma inseminacje jakieś. Poniedziałek minął mi spokojnie. Dzień piękny – ciepły, słoneczny. Rano zjadłam śniadanie przed domem. Lubię tak śniadać na wolnym powietrzu. Jadłam kanapki z pomidorami, cebulą i koperkiem. Kanapki z chleba własnego wypieku. Potem wydoiłam kozy, nakarmiłam kury i psy, sprawdziłam co robią krowy i kozy. Gdy krogulce odleciały na dalszą eskapadę – wypuściłam kury. Kury mądre od razu pochowały się po zaroślach i było tak, jakby ich nie było. Ani widu, ani słychu. Mądrze z ich strony nie rzucać się w oczy krogulcom.
 
Tylko jeden ranny kuraś kuśtykał z trudem i położył się pod kurnikiem wygrzewając w słońcu ranny bok. Został wczoraj zaatakowany nad rzeczką, ale szczęściem uszedł z życiem.
 
Gdy Inseminator skończy równać ścianę w oborze, zabierzemy się za grodzenie wybiegu dla kur i zawieszanie siatek nad nim, by jastrząb nie mógł zanurkować do środka. Nie wiem czy tych siatek do zawieszenia mi starczy. Bez siatek nad wybiegiem, grodzenie nie zda egzaminu. Większość kur wybijają jastrzębie, nie lisy.
 
Przeprowadziłam oględziny reperowanej stajni. Przydałoby się wmurować zaczepy do uwiązów. Powinny być takie z kotwicami, ale nie mam takich. Mam ze 3 zwykłe kołki. Mogą zostać wyrwane przez zwierzęta, bo nie mają kotwic. Mam niewiele złomu – prawie wcale. Większość ukradzione 7 lat temu. Będzie trudno znaleźć coś, co by się nadawało do wmurowania jako zaczepy do uwiązów dla bydła i koni. Chyba nic takiego nie mam.