niedziela, 20 stycznia 2013

Risotto, paliwo i koza

"It is not right! It is not right! - gorączkował się Sante - "O Santa Madonna!"
(więcej na stronie powieści online Rancho na Mazurach Garbatych - novela online)
www.RanchoNaMazurachGarbatychNovelaOnline.blogspot.com

Aby uzyskać dostęp do powyższej powieści, należy się zarejestrować u Indianki:
CreativeIndianka(@)vp.pl (pomiń nawiasy przy małpie)
lub:
Skype: CreativeIndianka

Świeży chlebek

Indianka upiekła świeży chlebek na śniadanie. Dzisiaj przyrządziła sobie kromki chleba po włosku - zamiast posmarować je masłem - skropiła je oliwą z oliwek i na to ułożyła włoskie salami i włoski ser żółty...
 

sobota, 19 stycznia 2013

Rosół i pomidorowa

Indianka ugotowała i zamknęła w słojach - świeżutki, pyszniutki rosół i zupę pomidorową z koncentratu włoskiego. Miało być na jutro do jedzenia na obiad, ale Sante oświadczył, że on jutro będzie gotował rizotto. Więc okay - jutro Indianka nauczy się robić rizotto, a zupki zostaną na czarną godzinę głodu, gdy nie będzie miała co jeść lub gdy nie będzie miała czasu gotować. Fajnie, że kupiła te słoje. Przydają się nie tylko do dyniek :)

Klub Indianki

Oto moje propozycje do przedyskutowania:

Klubowicze w ramach Klubu Indianki, będą mieli dostęp do powieści Rancho na Mazurach Garbatych w zamian za:
abonament roczny w wysokości 100zł
lub 
za tydzień pomocy na Rancho
lub 
za artykuły spożywcze, sadzonki roślin lub meble czy inne przedmioty np. sanie, maszyny konne, samochód, deski, maszynę do szycia, overlock, tkaniny, pasmanterie, drób, jagnięta, świnka wartości około 100zł
Zrobię listę rzeczy, które by mi się przydały tutaj i można by było zamiast opłacać roczny abonament w wysokości 100zł - wysłać mi np. tkaninę bawełnianą lub lnianą lub używaną, ale sprawną maszynę do szycia czy przywieźć  kto może i niedaleko mieszka - sanie, lub przyjechać na tydzień pomóc na gospodarstwie.
To mogą być też drobiazgi wysłane z internetu, a opłacone przez danego czytelnika, np. łańcuch do Stihla, siekiera, młot pięciokilowy :)

Oczywiście osoby, które już wcześniej mi coś podarowały byłyby zwolnione automatycznie z tych opłat lub alternatywnych obciążeń - musiałyby się tylko mi przypomnieć.

Porządkowanie siana i stajni

Dziś Indianka wraz z Santem porządkowali siano przed stajnią, wnosili do stajni i układali nad stajnią na poddaszu stajni. Teraz sytuacja jest z grubsza opanowana, ale jeszcze zostało co nieco do uporządkowania na jutro.

Projekt Powieść

Pora wcielić projekt powieść w życie. Indianka od dziś będzie pracowała nad swoją powieścią online, która zarówno będzie zawierała opis jej pierwszych 5 lat na Mazurach, jak i bieżące posty. Teraz musi zastanowić się, jak te wszystkie zdarzenia porządnie chronologicznie poukładać. Wypisała pierwsze hasła/tytuły. Musi je jeszcze przemyśleć i zacząć miejsca pod nimi wypełniać pikantną treścią, która zapewne wielu lokalnym grzesznikom będzie spędzała sen z powiek ;)))

Już Indianka widzi, że nie będzie to łatwe zadanie, a wymagające pracy i dopracowywania dzieło, a nawet dzieła. Najtrudniej będzie opisać pierwsze 5 lat na Mazurach. Indianka postanowiła, że będzie jednocześnie i równolegle pisać na dwóch różnych blogach. Na jednym będzie opisywała bieżące zdarzenia, na drugim opisze pierwsze 5 lat na Mazurach. Będzie łatwiej to poukładać sensownie. W sumie powstaną dwie niezależne powieści.

Co prawda, podczas pierwszych pięciu lat też pisała - offline i nieregularnie, ale pisała. Jednak nie ma łatwego dostępu do tych zapisków, bo są gdzieś na starym dysku, który nie działa. Może się jednak uda odzyskać te dane i dawne wpisy z jej pamiętnika mazurskiego...

Ta strona: www.kreatywnaromantyczka.blogspot.com nadal będzie bezpłatna.
Płatne będą powieści pisane równolegle, które będą pełniejsze w treść i ciekawsze :)))

Jeszcze nie wiem, dokładnie, na jakich zasadach będzie do nich dostęp udostępniany, 
na razie mam pomysł, na abonament spożywczy wartości 100zł miesięcznie oferowany czytelnikom tych powieści. Za samą powieść by nie płacili, a jedynie za produkty spożywcze uprawiane i wyrabiane na ranczu.

Taka wysyłka miała by miejsce raz lub dwa razy w miesiącu, a dostęp do powieści online gratis   jako dodatek do abonamentu spożywczego.

Jeśli ktoś ma ciekawszy pomysł, jak to sensownie zorganizować - słucham :)

Chodzi mi też po głowie Klub Indianki w ramach którego klubowicze dostawali by dostęp do:

  • powieści online: Rancho na Mazurach Garbatych
  • produktów spożywczych z Rancho na Mazurach Garbatych
  • wyrobów rzemieślniczych i pamiątkarskie z Rancho na Mazurach Garbatych
Członkowstwo w Klubie byłoby lukratywne i odpłatne, ale warte tej odpłatności (przecież każdy wydaje pieniądze na warzywa w supermarkecie, a tutaj dostawałby je wprost z gospodarstwa i to nie byle jakiego, ale ekologicznego Rancho na Mazurach Garbatych) i uczestnictwa w nim, bo nie miałyby do niego dostępu złośliwe, zawistne mendy z Internetu, które pojawiają się od czasu do czasu by atakować ludzi, którzy robią coś pozytywnego. Dzięki temu atmosfera w ramach powieści byłaby sympatyczniejsza. 
Czytelnicy nadal by mieli możliwość komentować, a także porozumiewać się między sobą dzięki jawnej liście klubowiczów.
Możliwe też byłyby przyjazdy na Rancho w ramach Klubu. Klub Indianki organizowałby imprezy na Rancho.

Ha! Znalazłam lukę w moim projekcie :) Przecież moje posty czytają nie tylko mieszczuchy, ale także osoby posiadające własne gospodarstwa. Dla nich artykuły spożywcze nie są potrzebne.
Mają własne. Hmmm... Te osoby musiałyby być na innych zasadach.

Może byłby to roczny abonament w wysokości 50zł - 100zł za dostęp do samej powieści pisanej na żywo przez okres danego roku?

Lub wymiana towarowa? Proszę o podpowiedzi, jakbyście to Państwo sobie wyobrażali.

Router

Wczoraj wieczorem nie działał router, a wczoraj po południu Sante wkurw...ony jak Messerschmitt wrócił z pola jako prawdziwy weteran walki z drzewem: z zepsutą piłą, połamanymi 3 siekierami, złamanym pilnikiem do ostrzeżenia łańcucha, zerwanym łańcuchem oraz oberwaną kieszenią u kurtki wiszącą jak wywalony ozor krowi... :)
(ten post jest rozwinięty w blogu "Rancho na Mazurach Garbatych - powieść online."  - wstęp do bloga z pełną treścią powieści na żywo za wykupieniem rocznego abonamentu na zakup ekologicznej żywności z Rancza na kwotę 100zł miesięcznie - więcej szczegółów dotyczących abonamentu podam na email lub podam potem na blogu).  

czwartek, 17 stycznia 2013

Kutia

Na jutro Indianka zaplanowała sobie zrobić kutię. To będzie jej pierwsza kutia. Indianka jest podekscytowana, bo to będzie jej pierwsza, prawdziwie słowiańska potrawa :) Sięganie do korzeni ma w sobie coś z magii :)
Znalazła poniższy przepis tu: http://www.przepisy.net/kutia-przepis-na-kutie/

Składniki:
  • 1 szkl. maku
  • 1 szkl. ziaren pszenicy (można ją zastąpić pęczakiem)
  • 1 szkl. miodu
  • 10 dag posiekanych orzechów włoskich
  • 10 dag posiekanych migdałów bez skórki
  • 5 dag daktyli
  • 5 dag fig
  • kandyzowana skórka pomarańczowa
  • 2 szkl. mleka
  • 2-3 łyżki sparzonych rodzynek

Przygotowanie:
Pszenicę zalewamy na 24 godziny zimną wodą. Po tym czasie zlewamy wodę, a pszenicę płuczemy. Znów zalewamy czystą wodą i gotujemy do miękkości (ok. 40 min.). Cedzimy na sitku. Co jakiś czas należy pamiętać, aby widelcem lekko wymieszać ziarna (by się nie skleiły).
Mak płuczemy czystą wodą na sitku o małych oczkach, a następnie zalewamy 2 szklankami wrzącego mleka. Gotujemy ok. 10-15 min. Po tym czasie mak należy przepuścić przez maszynkę 2-3 razy lub utrzeć w makutrze. Można też użyć gotowej masy makowej (Ma mniej bakalii, dlatego należy ją o nie wzbogacić.)
Miód należy rozpuścić z odrobiną wody, dodać do niego zmielony mak, sparzone rodzynki, bakalie oraz skórkę z pomarańczy. Mieszać makową-bakaliową masę z pszenicą. Dekorujemy łamańcami (przepis niżej). Podajemy schłodzone (odstawiamy do lodówki przynajmniej na 2 godz. przed podaniem).

Drugi przepis na kutię:

KUTIA - składniki
- 20 dag łuskanej pszenicy, 
- 20 dag maku, 
- 200 ml miodu, 
- po 10 dag migdałów, orzechów włoskich i rodzynków, 
- 4 suszone figi, 
- 4 daktyle, 
- 1/2 laski startej wanilii, 
- starta skórka z 1 cytryny, 
- 50 ml rumu lub brandy, 
- migdały do przybrania.
KUTIA - sposób przygotowania
Pszenicę dokładnie płuczemy, moczymy w zimnej wodzie ok. 3 godziny, odcedzamy i zalewamy wrzątkiem. Gotujemy pod przykryciem na małym ogniu aż będzie miękka (ok. 3 godz.).
Mak płuczemy, zalewamy wrzątkiem i gotujemy na małym ogniu ok. 15 minut. Osączamy i trzykrotnie mielimy.
Rodzynki moczymy w rumie, resztę bakalii kroimy w paseczki. Pszenicę łączymy z makiem, miodem, dodajemy startą skórkę cytryny, wanilię i bakalie.
Jeszcze raz mieszamy i odstawiamy do lodówki na ok. 4 godz.

Na obiad Indianka przygotowała frytki z paluszkami rybnymi. Włoch zjadł. Tym razem nie grymasił.
Odnośnie chleba wyjaśnił Indiance, że Włosi nie mogą żyć bez chleba.
"Włosi, także Francuzi i Hiszpanie - my wszyscy nie możemy żyć bez chleba" - zakomunikował Indiance, tym razem bez focha na twarzy. Tym razem miał nawet pogodnego promieńca na twarzy.
"Wiesz, my kosmici z Polski - my też bez chleba nie możemy żyć." - uświadomiła obcokrajowca Indianka.
"Na ogół jemy chleb rano na śniadanie i wieczorem na kolację. A wy, Włosi?" - zapytała.
"My Włosi jemy chleb tylko rano." - odrzekł Włoch.

Sałatka warzywna z sardynką i orzeszkami oraz pszenicą

Indianka dziś rano zaprowadziła Włocha do miejsca, gdzie krzaczory rosną i pokazała mu co tam wyciąć. Wyciął i teraz układa.

Indianka wróciła do domu, by nakarmić drób, króliki, psa, kota oraz by upiec chleb i zrobić sałatkę oraz obiad. Także dyńki trzeba obrać, pokroić i usmażyć, a te co w słojach - opisać i wynieść do piwnicy.

Sałatkę warzywną zrobiła z: ugotowanych ziemniaków, kukurydzy z puszki, sardynki z puszki, cebuli, słonych orzeszków. spęczniałej pszenicy. Doprawiła olejem z puszki sardynek oraz oliwą z oliwek, solą i pieprzem. Sałatka wyszła bardzo smaczna, co Indianka może przyznać bez fałszywej skromności :) Niech tylko Włoch spróbuje marudzić lub wymyślać, że Włosi sardynki to jedzą tylko z butem albo coś w tym stylu, to go Indianka rozcochnie :D

Indianka zastanawia się, jak się robi kutię. Ma trochę słodkich daktyli. Można by zrobić starodawną polską potrawę, chociaż daktyle to nie starosłowiański produkt (chociaż kto wie - może w Serbii czy Chorwacji daktyle rosną, a Serbowie i Chorwaci to też Słowianie). Niee... raczej nie rosną... ale mają do nich bliżej niż z Polski, więc może jadają daktyle?

środa, 16 stycznia 2013

Profanacja mortadeli

Wczoraj, gdy Sante rozpakowywał swoją pakę, wyjmując oryginalną włoską mortadelę, stwierdził, że ona musi być szybko zjedzona, najlepiej następnego dnia.

Rano gdy Indianka wstała, mortadela była nieruszona. Mając w pamięci wskazówkę Włocha, by ten produkt szybko zużyć, swoim polskim sposobem skroiła ją na patelnię i podsmażyła razem z cebulą, dodała wody i powstał smaczny sosik do gotowanych ziemniaków. Taką potrawę podała Włochowi na obiad. Włoch się oburzył: "Jak to? Usmażyłaś drogocenną mortadelę? My tego tak nie jemy! My ją oszczędzamy i jemy plasterkami razem z chlebem!" Indianka spojrzała na Włocha z niedowierzaniem. "Oni czczą mortadelę, która jest robiona z byle czego jak jakaś zwykła parówa z kawałkami słoniny?" - pomyślała zadziwiona.

"Nie smażycie mortadeli?" - zapytała.
"NIE!"
"My w Polsce jemy ją i tak i tak. Razem z chlebem jak wędlinę, ale także się ją smaży i podaje na gorąco." - odpowiedziała spokojnie Indianka
"W Polsce nie ma prawdziwej mortadeli! Mortadela jest tylko włoska i to jest typowo włoska wędlina!" - kipiał z oburzenia Włoch
Hmm... pomyślała Indianka. Ci z Zachodu są trudni. Robią widły z igły. Jaki problem zjeść raz mortadelę na gorąco? Przecież jest smaczna, a nawet smaczniejsza niż ta na zimno.
"Smakuje ci obiad?" - spytała Indianka Włocha
"Smakuje, ale to nie o to chodzi! Ona powinna być jedzona z chlebem, a nie w sosie!"
Włoch nie umiał wybaczyć Indiance profanacji mortadeli poprzez obsmażenie jej na patelni w towarzystwie cebulki. :)
"W takim razie ja twojego włoskiego jedzenia nie ruszam - sam sobie gotuj" - wkurzyła się Indianka.
"Nie o to chodzi!..." - Włochowi urwały się argumenty i zamknął się. Obiad zjadł do ostatniego okruszka, ale minę miał niezadowoloną.
Indianka rozebrała 3 pomarańcze ze skóry i poczęstowała Włocha cząstkami pomarańczy. Obrażony nie chciał jeść.

Indianka zastanawia się, jak długo jeszcze z tym kapryśnym człowiekiem wytrzyma pod jednym dachem. Jak tak się będzie zachowywał, to mu chyba podziękuje za jego pomoc i wyprawi go z tymi jego włoskimi specjałami w świat. Ktoś, kto podróżuje po różnych dalekich krajach, powinien być ździebko bardziej elastyczny i nie trzymać się tak sztywno swoich kulinarnych przyzwyczajeń. Fajnie jest czasem eksperymentować i tworzyć nowe potrawy inspirowane różnymi kulturami.

wtorek, 15 stycznia 2013

Wielkie Gotowanie

Indianka wykorzystuje do wykonania swoich sosów i past dyniowych wszelkie dostępne jej egzotyczne przyprawy. Zapowiadają się cudowne wyroby domowe. W sosach będzie można znaleźć: świeżo utarty imbir, curry, pieprz, sól, grzyby i wiele innych ciekawych przypraw i dodatków... Każdy słoiczek o innym smaku będzie :) Większość fantastycznych przypraw przyjechała wprost z Italii w wielkiej pace. Rychło w czas, akurat pora doprawiać sosy i pasty dyniowe.

TWOJA rzeka mi to zrobiła!

Indianka wczoraj do późna w nocy kursowała, bo jest nocnym Markiem i przykładem starożytnych myśliwych - uaktywnia się najbardziej w nocy. Rano jest śnięta jak ryba, a że nie truje się żadną kawą - więc rankiem ma ruchy jak w zwolnionym tempie i trudno jej się dobudzić. Dziś rano znów się późno obudziła. Gość włoski już był na nogach i udał się na dwór by zająć się porządkowaniem pociętych gałęzi i kłód.

Indianka korzystając z okazji, że gość był poza domem - wzięła kąpiel. Po kąpieli wysuszyła się, ubrała i zabrała do karmienia drobiu i królików. Gość w tym czasie wrócił znad rzeczki, gdzie porządkował owe gałęzie. Podczas porządkowania gałęzi wsadził girę do wody. To jest, źle ocenił grubość lodu na rzece i wdepnął jedną nogą w rzeczkę. Wrócił wkurzony do domu z mokrą girą i oskarżycielsko wskazał na swoją mokrą nogę - "TWOJA RZEKA MI TO ZROBIŁA!"  

Hm... pomyślała Indianka. Gość zaczyna wymiękać. Pewnie niedługo tu zabawi.

Wieczorem zadzwonił kurier z międzynarodowej firmy kurierskiej Shenker. Nigdy nie był na gospodarstwie Indianki, więc udzieliła mu szczegółowych wskazówek, jak się ma na gospodarstwo i podwórko dostać. Zbyt rzetelnie go poinformowała, bo gościu nadmiernie zwolnił i wręcz stanął przed rzeczką, będąc o niej ostrzeżony. Zatrzymał się i oświadczył, że on dalej nie jedzie.

"No jak nie?!" - oburzyła się Indianka.
"Musi pan wjechać na podwórko bo inaczej pan tutaj nie zawróci. Paczka jest cholernie ciężka - waży 80kg - tyle co pan lub więcej." - tu spojrzała wymownie na kuriera.
"Musi pan wjechać na górkę. Niech pan się rozpędzi. Mostek jest wystarczająco szeroki, by pan przejechał. Zrobię panu ślad w śniegu po środku drogi i niech pan po nim wjedzie na górę. Tam pan zawróci i wyładuje pakę"
Facet bał się jechać.
"Ja tu zawrócę." - wskazał palcem sadek Indianki.
"Ale ja się nie zgadzam by mi pan sadek masakrował! Tam nie wolno wjeżdżać. Musi pan przejechać przez mostek i tam jest płaskie miejsce i sobie pan zawróci. W tej chwili pan zjechał z drogi i stanął na moim polu. Proszę jechać po moich śladach na górę. Niech pan przynajmniej spróbuje!"

"Nie powinienem tu w ogóle przyjeżdżać. Jakbym wiedział, że tu taka droga, to bym tutaj w ogóle nie przyjechał." - skwitował malkontencko kurier.

Indiance oczy zabłysły: "No, ALE JAKA droga??? Przecież pan dojechał. Na górkę też pan wjedzie. Niepotrzebnie pan stanął u podnóża góry. Teraz będzie panu ciężej podjechać na podwórko. Trzeba było rozpędem z tej wcześniejszej góry wjechać na moje wzgórze, to by pan bez problemu podjechał. Niepotrzebnie panu mówiłam o mostku i rzeczce i spanikował pan. Niech pan chociaż spróbuje wjechać na podwórko. Ta paczka jest za ciężka by ją nosić taki kawał."

Kurier spróbował i wjechał na podwórko jak po maśle.
"No widzi pan!" - zawołała Indianka dochodząc do dużego busa parkującego na jej podwórku, który ją wyminął na podjeździe pod podwórko.

Sante uprzedzony o przesyłce i ewentualnych trudnościach z transportem paki na podwórko czekał przed domem na paczkę. Złapał pakę wraz z kurierem i obaj wnieśli ją do domu Indianki, do jej "cudownej" kuchni. Tam postawili i Indianka pokwitowała pakę.
Kurier opuścił dom Indianki.

"Niech pan wraca po śladzie swoim to bez problemu pan stąd wyjedzie."
"Teraz to ja już będę wiedział jak jechać."
Pożegnał się i odjechał.

Sante w międzyczasie roztwierał pakę. Zaczął wyciągać dobroci z niej - włoskie specjały. Niektóre z nich w dość niegrzeczny sposób rzucał na stół. Indiance przypomniała się opowieść koleżanki jej Mamy, jak to krewniak ze Stanów Ameryki kiedyś zaszczycił ich rodzinę odwiedzinami i przywiózł ze sobą różne drobiazgi. Też tak je grubiańsko rzucał. Widać ci z Zachodu tak mają - pomyślała.

Urażona nadmiernie demonstracyjnym i grubiańskim rzucaniem produktów z paczki na stół przy którym siedziała - wyślizgnęła się z kuchni i poszła do łazienki prać spodnie. Sante chyba zdziwił się, że nie padła przed jego paką na kolana i nie zaczęła się modlić na sposób arabski składając głębokie pokłony.

Wróciła z łazienki, rozlokowała artykuły spożywcze gdzie się dało i przygotowała Włochowi gorący posiłek. Starczyło tylko dla niego, ale sama nie czuła się głodna.
Nałożyła mu talerz i poszła do swojego gabinetu sprawdzić pocztę email. On w czasie, gdy przygotowywała mu posiłek palił papierosa na zewnątrz domu.

Gdy wrócił i zobaczył, że jej talerz pusty - obraził się. Wygarnął Indiance, że to niegrzecznie nie poczekać na niego 5 minut z jedzeniem.

"Ależ ja nie jadłam!" - wyjaśniła mu Indianka. "Zrobiłam potrawę tylko Tobie, bo na więcej mi nie starczyło wcześniej ugotowanego spagetti."

Włoch chyba jest zawiedziony, że jego skarby nie wywołały w Indiance ekstazy. Owszem, cieszy się z nich, bo dzięki nim będzie dużo dobrego i oryginalnego jedzenia gotować. Ale żeby od razu w szał zachwytu wpadać? Bez przesaaady! :)

Chleb pszenny z ziarnem pszenicy

Indianka dziś spróbowała swojego pszennego chleba, który upiekła z dodatkiem 5 łyżek pszenicy. Chlebuś jest okay. Pełne ziarno pszenicy zawiera to, czego jest pozbawiona drobno mielona mąka pszenna.

Zdrowo jeść pieczywo pełnoziarniste. Indianka nie ma takiej mąki ani młynka czy innego urządzenia do mielenia pszenicy, ale wymyśliła inny sposób, jak wzbogacić swój wiejski chleb by był zdrowszy i bardziej odżywczy. Myje i namacza w gorącej wodzie pszenicę. Gdy pszenica spuchnie i zrobi się miękka - dodaje ją do ciasta chlebowego.

Zrobiła tak ostatnio. W odpowiednim momencie mieszania chleba dodała do niego 5 łyżek pszenicy. Okazało się, że w sam raz trafiła z tą ilością. Ziarna są widoczne i wyczuwalne w chlebie, a chleb dobrze wyrósł. Od dziś tylko taki chlebek będzie piec. 

Przydałby się też jakiś domowy młynek do mielenia zboża na mąkę. Myśli też o zakupie (na razie myśli, a właściwie myśli o tym od lat) śrutownika dla zwierząt. Można i w nim zmielić drobno zboże na mąkę gruboziarnistą i z niej wypiekać chleb. To jest drogie urządzenie, ale warto mieć je w gospodarstwie, zwłaszcza gdy się karmi zbożem zwierzęta. Zwierzęta śrutę lepiej wykorzystują niż całe ziarno.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Mazurskie Bolonieze ;)

Indianka pichci dziś mazurskie bolonieze, czyli bolonieze modyfikowane przez jej kulinarną kreatywność Indianki :) Włoch pewnie będzie oburzony taką profanacją jego oryginalnego narodowego dania, ale Indianka ma nadzieje, że jej wersja będzie mu smakowała nie mniej, niż jego wczorajsza wersja salsa bolonieze :)
 
Dziś rano Indianka wstała i wyszła z Sante by naciąć nieco drewna na opał. Pocięła kilkanaście klocków i gałęzi aż piła zgasła z braku paliwa. Będąc w gumowcach zmarzła w nogi, więc pomaszerowała do domu zagrzać się, zmienić obuwie i wyjść do koni zrobić porządek z rozgrzebanym sianem. No, ale w domu jak zwykle utknęła w kuchni i łazience, gdzie gotuje, zmywa i pierze. Na piecu nadal mnóstwo gorącej wody, więc pozmywała naczynia, umyła nowo przyniesione dyńki, nalała do gara świeżej zimnej wody do podgrzania, załączyła praleczkę, zebrała wysuszone pranie z nad pieca i zlożyła je w kostkę oraz ułożyła na półeczkach. Już się ściemnia. Na piecu dusi się smakowity sosik do spagetti. Czas by wyjść na dwór i ogarnąć to siano, póki widać je :)

Uwielbiam poniedziałki :)

Dla Indianki to taki sam dzień tygodnia jak pozostałe sześć, więc nie ma powodu, by go jakoś dyskryminować, nie lubić itp. Obce Indiance są narzekania etatowych mieszczuchów, co robią od 7 do 15.00 całe pieć dni w tygodniu, a w weekendy się byczą namiętnie. Takie legaty nie cierpią poniedziałków, bo kojarzą im się z powrotem do pracy.

Natomiast Indianka pracuje codziennie. Od 10 lat bez żadnych przerw, urlopów. Jej rancho to jej pasja, więc pracuje z radością i przyjemnością. Cieszy ją zarówno każdy duży jak i drobny sukces. Wyhodowala piękne konie i inne fajne zwierzęta. Przed nią jeszcze wiele do zrobienia, by zrealizować swe dlugoterminowe plany, ale i je też zrealizuje. Krok po kroku. Nie tak, jak pierwotnie zamierzała - dużymi skokami przy pomocy dotacji unijnych, ale za to drobnymi kroczkami, metodami gospodarczymi i permakulturalnymi. W sumie ci, co jej zaszkodzili doprowadzając do odebrania jej dotacji unijnych - niechcący jej pomogli. Indianka by mogła ugrzęznąć w kosztownych kredytach i całkiem osiwieć przy próbie dotrzymania terminów i wszystkich wymogów narzucanych przez unijne projekty.

Wykonanie zadania przy pomocy unijnych projektów byłoby 10 razy kosztowniejsze i 100 razy bardziej stresujące, niż jest Indianka w stanie zaakceptować. Indianka nienawidzi wyścigu szczurów, dlatego zapragnęła osiąść na wsi i wieść spokojne, bezstresowe życie w zgodzie z naturą i przy maksymalnym ograniczeniu kontaktów ze zgnilizną obecnej technokratycznej cywilizacji. Pieniądze unijne to pokusa, ale podpisanie kontraktu to podpisanie cyrografu z diabłem. Nie daj Boże nie udało by się jej w terminie wykonać założonych celów - straciłaby przez to całe swoje piękne gospodarstwo.

A tak, dzięki ścierwojadom, którzy doprowadzili do strat finansowych Indianki - dzięki tym ścierwojadom Indianka nie wpakuje się w matnię, z której mogłaby nie wybrnąć. Tak więc, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Ścierwojady wbrew swoim złym zamiarom i chęciom - też bywają pożyteczne ;)

niedziela, 13 stycznia 2013

Niedzielne gotowanie

Kuchnia z grubsza ogarnięta. Włoch w tym pomógł dziś. 4 średnie dynie ze strychu wytargane na parter, umyte, obrane. Czekają na całkowite rozmrożenie, by je pokroić i usmażyć na pastę dyniową.
Na nowo zaczepionych dwóch sznurach nad mega piecem suszy się pranie sobotnie i niedzielne.
 
Sante szykuje "salsa bolonieze" (piszę fonetycznie tak jak on to wymawia) a Indianka spróbowawszy surowego mielonego mięsa indyczego, tak zachwyciła się jego smakiem, iż od ręki zrobiła z niego pysznego tatara: z mielonego mięsa indyczego, surowego żółtka, ząbka czosnku i posiekanej cebuli oraz soli i pieprzu. Tak jak Świętej Pamięci Babcia robiła. Zajada się tą oryginalną polską potrawą z wielkim smakiem. Włoch bez chlebka nie może. Indianka może ;) Chlebek będzie się piekł po 22.00, gdy taryfa nocna tańsza.

Błon dżiorno :)

Dziś ciekawa data: 13 Sty 2013, 13.00. Indianka obudzila się dość późno - jakoś jest ogólnie przemęczona. Wczoraj do późna jeszcze gotowała i zmywała. Gdy się dziś rano obudziła, Sante już był na nogach i skręcał papierosa. Przywitał Indiankę włoskim "błon dżiorno" czyli dzień dobry :)

Konie i kozy rano wypuścił ze stajni by wyszły na podwórko jeść. Sante pali i często wychodzi na dwór by zakurzyć, więc ten jego nałóg jest przydatny o tyle, że wcześnie rano wypuszcza zwierzęta na dwór i późnym wieczorem je zamyka.

Indianka wstała i zrobiła śniadanie. Wcześniej w nocy obudziła się i podłożyła do pieca, a rano Sante podłożył, więc piec ciągle grzeje. Na piecu około 200 litrów gorącej wody. Trzeba ją wykorzystać do prania i zmywania. Wczoraj Indianka nieco ogarnęła kuchnię, ale jeszcze jest co w niej robić. Najpierw jednak musi wyjść na dwór i sprzątnąć rozgrzebane siano. Jednocześnie w domu przepiera bieliznę w maleńkiej wirnikowej praleczce, którą trzeba załączać co 15 minut.
 
Trzeba rośliny podlać, umyć łazienkę i zmyć podłogę w sypialni, rozpakować słoje, znieść dynie ze strychu i obrać je. Najpierw jednak trzeba nakarmić zwierzęta te małe co zimują z Indianką w jej domku.
Króliczki ładnie rosną i coraz śmielej kicają po całym kurniku. Na czas karmienia i spania jednak wracają do swojego boxu. Kogut gwałci kury. Gąsior gwałci gęsiorową. Perlica się wścieka.
 
Suczka już dostała jeść. Kicia też. Indianka nadal senna - w zwolnionym tempie się przemieszcza po chałupie. Chleb trzeba upiec. Tym razem będzie z całymi ziarnami pszenicy, bo mają więcej wartości odżywczych niż sama mąka.

piątek, 11 stycznia 2013

Sante


Parę dni temu, w środę przyjechał Sante. Sante jest Włochem. Przyjechał, by pomóc Indiance naciąć drewno do pieca, bo Indiance coś zimno... ;)

Indianka do ostatniej chwili nie wierzyła w jego przyjazd, mimo że bilet lotniczy miał już kupiony w garści, a paka z dobrociami włoskimi wysłana do Indianki z samej Italii już szła kurierem.
Indianka w dzień przyjazdu Włocha pracowała jak co dzień. Napaliła dobrze w piecu resztkami drewna i wieczorem poszła się wykąpać korzystając z okazji, że gościa jeszcze nie ma i nikt się jej obcy po domu nie plącze.

Wykąpawszy się w gorącej kąpieli, porządnie wymoczywszy i wygrzawszy – spojrzawszy na zegarek stwierdziła, że warto opuścić wannę, jeśli nie chce by gość ją w niej zastał. Owinięta w dwa ręczniki – mokra wskoczyła pod pierzynę i prawie zasnęła. Była totalnie zmęczona dniem pracy i senna po gorącej kąpieli. Za nic w świecie nie chciało jej się wstawać, ubierać i chałupę ogarniać, by gość zbyt dużego szoku nie doznał. Doszła do wniosku, że nawet jeśli ogarnie kuchnię i sypialnię, to gość i tak tego nie zauważy, bo chałupa w środku tak niemiłosiernie obdrapana, że żadne sprzątanie tego nie zagłuszy. Zatem na wpół drzemała w swym przepastnym łożu zastanawiając się, jak długo nowy gość wytrzyma w warunkach jej dzikiego tipii i czy warto w ogóle coś w związku z tym robić. ;)

Nadeszła godzina 20.00, a gość miał dotrzeć do Olecka przed tą godziną. Pewnie już jest w Olecku i ładuje się do taryfy. Indianka nie mogła się przemóc, by wstać i się ubrać. Na brzegu jej łóżka usiadło coś jakby sumienie i wymownie spojrzało na nią: “Człowiek jedzie do Ciebie z końca świata, z drugiego końca Europy by Ci drewno do pieca naciąć, a Ty nawet nie wstaniesz by się ubrać??? Chcesz go przywitać owinięta w ręcznikach i z mokrą głową???"

Indianka spojrzała na sumienie krzywo z wyraźną niechęcią. Była zbyt zmęczona, by dać się sprowokować. Ale przypomniała sobie, że ma butlę gazu odebrać od zaufanego pana taksówkarza, który jednocześnie ma gościa dostarczyć na jej rancho. Może się okazać, że trzeba będzie iść po tę butlę kilometr jeśli taryfa nie dojedzie przez śnieżną drogę.
"Kurna!" - warknęła sennie. Nie ma wyjścia – trzeba wstać.

Z trudem wstała, ubrała się i zanim zapaliła światła na podwórku – gość już zajechał. Indianka zneutralizowała wściekłą sukę w swoim gabinecie, bo by inaczej gość do domu nie wszedł.

Wyszła się przywitać. Rozładowali taryfę z zakupów i bagaży. Pożegnali się z panem taksówkarzem i postali chwilę na dworze rozmawiając. Potem wnieśli wszystkie klamoty na chatę próbując się nie potknąć o któryś z licznych skarbów Indianki rozsianych po całym domu.

Następnie sprzątnęli ze stołu i zrobili kolację podczas której usta im się nie zamykały. Przegadali cały wieczór i pół nocy. Poszli spać (każde osobno of course) by następnego dnia zabrać się za wycinkę drzewa.

Rankiem następnego dnia zaczęli od starego, suchego kasztanowca, którego obalili i pocięli na szczapy. Gość ciął, Indianka woziła pocięte szczapy drzewa "kastanio" na chatę "kariolą", czyli taczką ;).

Dziś w domu napalone i ciepło jest. Indianka na obiad upichciła pieczonego kurczaczka, gniecione ziemniaki, sosik cebulowy. Do popicia było piwko i szampan. Na jutro rano zrobiła sałatkę warzywną z kaparami (kapary wyglądają jak pełne odwłoki kleszczy, więc miała mieszane uczucia zgryzając je), zakrapianą prawdziwą oliwą z oliwek (z pierwszego tłoczenia), która przyjechała tutaj prosto z odległej Italii. Kapary i oliwa przyjechały razem z Sante prosto z serca Italii. Także ciekawe torrone (Torrone di Tonara czyli Torrone ze wsi Tonara) – włoska słodycz składająca się z masy białkowo-cukrzano-miodowej w której były zatopione orzechy, migdały i bakalie. Indianka zajadała się tą słodyczą tak namiętnie, że pożarła spory baton w ledwie dwa dni. W niedzielę jej kolej na coś słodkiego. Zamiaruje upiec ciacho. Przeto skrzętnie zbiera jaja kurze i skórki od pomarańczy i mandarynek. 

środa, 9 stycznia 2013

Słoiki czy Internet?

Indianka dzisiaj po długim namyśle i rozważaniach, postanowiła, że kupi słoiki, bo są pilnie potrzebne na przetwory. Dynie trzeba smażyć i pakować do słoików, bo inaczej się zepsują. Szkoda, żeby taki piękny plon się całkiem zmarnował. I tak już sporo przepadło. W związku z powyższym, nie starczy na Internet :)
Zatem do zobaczenia za jakiś miesiąc lub półtora :D
Przez najbliższe tygodnie Indianka będzie smażyć dynie i ciąć drewno na opał. Oczywiście też będzie karmić zwierzęta. Aby do wiosny! :D
Pozdrowienia dla miłych czytelników :)

wtorek, 8 stycznia 2013

Pastę i sos dyniowy zamienię na słoiki i przyprawy

Moją pastę i sos dyniowy zamienię na puste słoiki i przyprawy.
Tj. za przysłanie mi pustych słoików z wieczkami i przypraw - wyślę gotowe, przyprawione pasty i sosy dyniowe, zupy, także powidła dyniowe. 

Wymiana może wyglądać tak, że ktoś zamówi dla mnie na Allegro wskazane słoiki i skieruje je od razu do mnie, a ja je napełnię pastą lub sosem i wyślę do tej osoby, która opłaci wysyłkę do mnie słoików i przypraw.

Pasty, sosy, dżemy, zupy dyniowe - w pełni ekologiczne, smaczne. Bez konserwantów ani żadnych chemikalii. W pełni naturalne. Wolne od GMO.

Możliwy wybór smaku (rodzaju przypraw użytych do wyrobu). Wyrób całkowicie wiejski, z własnych, własnoręcznie wyhodowanych na końskim oborniku dyń.
Testowane na sobie od tygodni ;)))

Więcej info na Skype: CreativeIndianka
lub na email: CreativeIndianka(@)vp.pl