wtorek, 13 grudnia 2016

Dowody zaawansowanej cywilizacji starożytnej

OTajemnicze artefakty.

Wśród eksponatów muzealnych są takie, które wprawiają archeologów i historyków w niemałe zakłopotanie. Przeznaczenia części z nich możemy się jedynie domyślać. Inne zawierają kod, którego nikomu nie udało się dotąd złamać.

Dysk Sabu

Foto: survincity.com

Przypomina kołpak albo śmigło wiatraka i choć wygląda na rzecz zupełnie współczesną, ma ok. 5 tys. lat. Ten dziwny przedmiot znaleziono w 1936 r. podczas wykopalisk w okolicach Sakkary, w grobowcu Sabu – syna faraona Anedżiba, przedstawiciela I dynastii panującego na początku III tysiąclecia przed Chrystusem. Zgodnie z relacją, dysk znajdował się w zasypanej piaskiem komorze grobowej razem z innymi bogatymi darami dla zmarłego. Eksponowany dziś w Muzeum Egipskim w Kairze artefakt wymagał od twórców ogromnej precyzji i cierpliwości. Nie wykonano go bowiem z metalu, ale z aleurytu (skały drobnoziarnistej). Wyglądem przypomina talerz z trzema "zagiętymi" do wewnątrz śmigłami i dziurą pośrodku, przez którą najwyraźniej przechodził drążek. Problem w tym, że, zgodnie z opinią archeologów, Egipcjanie zaczęli używać okrągłych przedmiotów dopiero ok. XVI w. p.n.e. Uczeni nie mają pojęcia, do czego służył dysk. Być może był częścią jakiegoś większego, tajemniczego mechanizmu. Inna hipoteza mówi, że był to… nawilżacz powietrza. Naczynie miało być napełniane wodą i stawiane na ogniu. Według jeszcze innej koncepcji była to podstawka pod lampę albo przenośne palenisko, w którym trzy "śmigła" stanowiły oparcie dla garnka.

Dysk z Fajstos

Foto: Pecold / Shutterstock.com / Shutterstock

Prowadząc w 1908 r. wykopaliska w ruinach pałacu w Fajstos na Krecie, włoski archeolog Luigi Pernier natknął się na gliniany dysk o średnicy 15 cm, pokryty z obu stron spiralnym ciągiem symboli. Według relacji, spoczywał on w piwnicy przy wejściu do pałacu, gdzie został "uwięziony" przez trzęsienie ziemi. Powstał w II tysiącleciu przed Chrystusem (najprawdopodobniej ok. 1600 r. p.n.e.), choć jego wiek i treść inskrypcji od ponad stu lat stanowią przedmiot sporu wśród archeologów. Znaki na Dysku z Fajstos, odciśnięte za pomocą stempelków, przypominają nieco antyczny komiks i wyglądają na dzieło kogoś, kto miał do przekazania potomnym bardzo ważną historię. Na dysku zidentyfikowano 45 różnych znaków przedstawiających zwierzęta, przedmioty oraz ludzi (w tym charakterystyczną postać z irokezem). Powtarzając się, tworzą one ciąg 241 hieroglifów należących do tzw. minojskiego pisma linearnego A, choć według innych uczonyc,h mogą to być znaki anatolijskie albo egipskie. Z kolei prof. Axel Haussman nazywał dysk "dokumentem z Atlantydy", który na Kretę miał trafić razem z uciekinierami z zatopionego kontynentu. Wszelkie dotychczasowe próby odczytania znaków na Dysku z Fajstos spełzły na niczym, a ich rezultaty były mało przekonywujące. Akademickie hipotezy zakładają, że na spirali mogła zostać zapisana modlitwa, kalendarz albo… plansza do gry.

Komentarz "licensa":
Najstarszym pismem Słowian-Ariów były wici czyli pismo węzełkowe. 
Dalej przodkowie nasi posługiwali się runicą i głagolicą. Od tworzywa na którym pisano czyli na deseczkach bukowych powstała nazwa bukwica. Pisano także na korze brzozowej oraz na wyrobach z gliny i metali. Od tysiącleci posługiwaliśmy się pismem, aż przyszedł kataklizm czyli kościół rzymski który spalił cały pisemny dorobek Lechitów. 

To interesujące, że dotąd do naukowców zachodnich nie dociera iż dysk z Fajstos czyta się za pomocą run słowiańskich o czym cały wschód od dawna wie. Tak się manipuluje historią i faktami.

Artefakt z Aiud

Foto: dailymail.co.uk

W 1974 r. robotnicy kopiący dół niedaleko rzeki Marusza koło miasta Aiud w Siedmiogrodzie (Rumunia), natknęli się na głębokości 10 m na kości mamuta. Po wezwaniu paleontologów stwierdzono, ku wielkiemu zdumieniu zebranych, że obok szczątków spoczywa masywny metalowy przedmiot, na pierwszy rzut oka wyglądający na obuch toporka. Po bliższych oględzinach okazało się, że to zbyt precyzyjna robota jak na ręce prehistorycznych rzemieślników. Przedmiot był ponadto zadziwiająco lekki ,i jak wykazały analizy, składał się w 90 procentach z aluminium. Tzw. artefakt z Aiud ma wymiary 12,5 na 20 cm, ma wydrążonych kilka otworów i wygląda na część większego mechanizmu. Specjaliści od metalurgii orzekli, że oprócz aluminium składa się on jeszcze z 11 innych pierwiastków (m.in. cynku i miedzi), jest pokryty naturalną warstwą tlenku i liczy ok. 300-400 lat. Problem w tym, że technika wytopu aluminium została opracowana dopiero w latach 20. XIX w., a masową produkcję metalu rozpoczęto dopiero pod koniec stulecia. Zarówno to, jak i trudność w wyjaśnieniu, dlaczego przedmiot spoczywał przy kościach prehistorycznego ssaka, który padł kilkanaście tysięcy lat temu, sprawiły, że znalezisko z Aiud ponad 20 lat spędziło w magazynie muzeum w Kluż-Napoce. Odpowiedź na wszelkie pytania z nim związane wysunęli w latach 90. rumuńscy ufolodzy, a przynajmniej tak im się wydawało. Ich zdaniem artefakt znad rzeki to "łapa" lądownika pozaziemskiego statku, który przed tysiącami lat osiadł nad brzegiem Maruszy, gdzie zgubił fragment wspornika. Są też inne wytłumaczenia. Sceptycy sugerują, że to po prostu "ząb" oderwany od łyżki koparki albo część bombowca z czasów II wojny.

Dysk z Nebry

Foto: dailymail.co.uk

Z odkryciem Dysku z Nebry związana była głośna afera. Datowany mniej więcej na ten sam okres, co Dysk z Fajstos, został znaleziony w 1999 r. przez poszukiwaczy-amatorów przy pomocy wykrywacza metali w kurhanie w rezerwacie archeologicznym niedaleko niemieckiego miasteczka Nebra (Saksonia-Anhalt). Wkrótce potem znalazcy sprzedali go za 31 tys. marek. Paserzy oferowali dysk kolekcjonerom za cenę wielokrotnie wyższą, ale w 2001 r. został on skonfiskowany przez szwajcarską policję i trafił w ręce głównego archeologa landu, w którym został znaleziony. Od tamtego czasu łamią sobie nad nim głowy naukowcy. 32-centymetrowej średnicy Dysk z Nebry wykonano z brązu, umieszczając na jego powierzchni złote płytki reprezentujące gwiazdy (m.in. Plejady) i planety, Księżyc oraz Słońce (po bokach znajdowały się dodatkowo dwa złote łuki, z których jeden się zachował). Sugerowało to, że dysk służył do celów astronomicznych albo astrologicznych. Problem w tym, że nie przypominał żadnego ze znalezionych dotąd artefaktów. Kontrowersje z nim związane dotyczyły nie tylko pytań o autentyczność i wiek przedmiotu, ale i tego, w jaki sposób przywędrował do Nebry. Zdaniem niektórych archeologów może on być dużo starszy i pochodzić nawet z III tysiąclecia p.n.e., a do kurhanu w Saksonii-Anhalcie mógł trafić jako zdobycz wojenna. Analizy wykazały, że metale, z których powstał dysk pochodzą z Europy. Archeolodzy wysunęli kilka koncepcji odnośnie jego przeznaczenia. Dysk z Nebry mógł służyć do korelacji kalendarza słonecznego z księżycowym, do wyznaczania dat zasiewów albo był rekwizytem w ceremoniach religijnych.

Dodecahedrony

Foto: Shutterstock

W przeciwieństwie do dotychczas przedstawionych znalezisk będących unikatami, na dodecahedrony archeolodzy natrafiali dość często. Do tej pory znaleziono ich ponad 100, głównie na terenie Niemiec i Francji, ale także Włoch, Hiszpanii, a nawet Węgier. Są to przedmioty wykonane z metalu albo kamienia, liczące od kilku do kilkunastu cm średnicy. Archeolodzy nadali im nazwę od rzymskiego słowa oznaczającego dwunastościan, gdyż właśnie taki kształt tajemnicze artefakty mają. Każdy z boków dodecahedronu zawiera otwór innej średnicy, a na styku ścian posiadają one kulki. W środku przedmioty są puste. Datowane na III-II w. p.n.e., stanowią zagadkę dla naukowców, gdyż w źródłach nie zachowały się żadne odniesienia na temat ich przeznaczenia. Ponieważ znajdowano je w skarbczykach wysunięto wniosek, że musiały być dawniej uznawane za przedmioty wartościowe. Jedna z hipotez, zwracając uwagę na resztki wosku znalezione na niektórych egzemplarzach sugeruje, że były to świeczniki, co jest mało prawdopodobne ze względu na ich nieporęczność. Dodecahedrony uznawano także za kostki albo przedmioty do gry przypominającej zasadami bule, która mogła być rozpowszechniona wśród legionistów. Jeszcze inna koncepcja uznaje je za rekwizyty do praktyk wróżbiarskich albo zwyczajne ozdobne bibeloty. Kto wie, czy ich zagadki nie odkrył przypadkowo pewien youtuber, który zademonstrował, jak przy pomocy dodecahedronu można w prosty i szybki sposób wydziergać z wełny rękawiczki, stosując tajemniczy przedmiot jako "stelaż".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Witajcie na moim blogu droga armio czytelników :)
Owocnego budowania praworządnego, prawdziwie demokratycznego państwa polskiego w roku 2016 :)
Dużo miłości, radości, bliskiej, kochającej osoby, smacznego jadła, ciepłego domu, dobrobytu :)

Zostaw dobry człowieku dobre i mądre słowo :)
A podpisz się jakoś, choć przydomkiem :-)
=================================
Do wrogów Indianki i Polski:
Treści wulgarne, kłamliwe, oszczercze, manipulacyjne, antypolskie będą zmoderowane.
Na posty obraźliwe obmierzłych gadzin nie mam zamiaru odpowiadać, a jeśli odpowiem - to wdepczę gada w błoto, tak, że tylko oślizgły ogonek gadziny nerwowo zamerda.

Do spammerów:
Proszę nie wklejać na moim blogu spamu, bo i tak zmoderuję i nie puszczę.

Please no spam! I will not publish your spam!