środa, 29 czerwca 2011

Oszust

Do Indianki dotarło, że to faktycznie nie był prawdziwy wwoofer, tylko
oszust, stąd jego karygodne zachowanie. Indianka oświadcza, że nie przyjmie
na farmę do programu WWOOF nikogo, kto nie jest członkiem organizacji WWOOF
i nie przestrzega zasad tej organizacji. Ponadto każdy przyjeżdżający na
farmę będzie skrupulatnie legitymowany.

wtorek, 28 czerwca 2011

Ping-pong

W środę 22 czerwca na rancho zajechał nibywwoofer Pędrak. Miał pomagać. Indianka przywitała go zastawionym odświętnie stołem i kulinarnie dogadzała przez kilka dni gotując i przyrządzając potrawy wegetariańskie, bo on wegetarianin. Niestety, Pędrakowi pomaganie szybko się znudziło, bo ledwo po dwóch dniach, a i już w trakcie tych dwóch pierwszych dni miał muchy w nosie i wymądrzał się.
Po dwóch dniach pomagania zaczął mieć rosnącego focha, który przemienił się w nieustającego focha. Indianka nie czuła się komfortowo w tej sytuacji i po jeszcze jednym nieprzyjemnym dniu, gdy to ona tyrała, a pajac stał i się głupio przyglądał jej harówce i nic jej nie pomagał, rozgniewała się na niego nie na żarty.

Przeprowadziła z nim męską rozmowę: Zgłosiłeś się do mnie, że chcesz przyjechać na moje gospodarstwo by mi pomagać w moich pracach gospodarskich. Przyjechałeś, jesteś tu, mieszkasz tu, karmię cię, korzystasz z łazienki. Jednak mimo to nie pomagasz, masz wiecznego focha, pyskujesz, odstawiasz koszałki-opałki i działasz mi na nerwy. Skoro mi nie pomagasz, mimo, że zadeklarowałeś przed przyjazdem tutaj, że chętnie będziesz pomagał, to płać za pobyt albo opuść gospodarstwo. Będziesz pomagał? Wwoofer odmówił. Zapłacisz za pobyt? Odmówił. Wówczas Indianka zdecydowanym głosem wyprosiła go z gospodarstwa. Jednak pseudo wwoofer zbunkrował się w stajni i nie chciał dobrowolnie wynieść się z jej gospodarstwa. Uczepił się jej gospodarstwa jak rzep psiego ogona.  Wczoraj z facetem przeprowadziła kolejną, męską rozmowę. Powiedziała krótko: albo pomagasz, albo płacisz za pobyt albo spadaj stąd!” Krótka piłka - czyli ping-pong... ;) Tak należy rozmawiać z upierdliwymi rarogami, które grają zapracowanym kobietom na nerwach.

Dziś rano zajrzała do stajni, by sprawdzić, czy wyniósł się. Niestety, nadal zalegał.
Poprosiła go po raz ostatni, by dobrowolnie opuścił jej posesję, bo jest tu niemile widziany – po prostu osoba non-grata. Facet złośliwie się nie wyniósł dobrowolnie, więc Indianka wezwała policję by go usunęła z jej posiadłości. Policja przyjechała i typa z gospodarki zabrała precz. Indianka odzyskała spokój ducha i swobodną przestrzeń gospodarstwa nieskalaną widokiem wkurzającego raroga.

niedziela, 19 czerwca 2011

Wykaszanie, oranie, równanie, sianie, grodzenie

Indianka wykosiła pokrzywy za stajnią, wzdłuż stajni i wzdłuż pastucha, coby chaszcze nie osłabiały mocy prądu płynącego w pastuchu.
Wykosiła też trawę i trzciny nad rzeczką, aby łatwiejszy był dostęp do wody dla koni i dla napełniania wiader czy konewki do podlewania ogródka.

Pan Mucha (Pan Mucha zyskał pseudo „Mucha”, bo nosi okulary, ruchliwy jest i wszędzie lata), który wpadł ponegocjować w sprawie ewentualnej kontynuacji remontu domu, przy okazji uruchomił Indianki glebogryzarkę i pokazał jej jak ją obsługiwać. Indianka cały dzień ćwiczyła operowanie glebogryzarką. Nabrała takiej wprawy, że jeździ nią jak samochodem. Szybko i sprawnie zmienia biegi, jedzie na przód, ryje i kopie, cofa i znowu jedzie na przód ryje i mieli glebę. W ten sposób zryła porządnie kawałek ogródka i przygotowała glebę pod siew warzyw. NARESZCIE. Nareszcie ma glebę przygotowaną pod warzywa...

Narzędzie jest super, Indianka powinna dawno takie urządzenie mieć to by sobie co roku mogła na wiosnę szybko ziemię pod warzywa uszykować i szybciej siać nasiona wczesnych warzyw. W miejscu przeznaczonym na ogródek warzywny część ziemi była wcześniej skopana łopatą przez Indiankę, a część zarosła pokrzywami.
Pokrzywy muszą być najpierw skoszone i wygrabione zanim się wjedzie na ten kawałek ziemi z glebogryzarką, bo inaczej pokrzywy wkręcają się w kółka i noże tnące ziemię i trzeba co chwilę przerywać orkę i wyciągać zielsko z kółek i mieszaczy ziemi.

Indianka jednego dnia wykosiła pokrzywy wykaszarką i zryła ziemię glebogryzarką, drugiego wyrównała i posiała nasiona warzyw, przebudowała pastuch w ten sposób, aby wydzielić ogródek od reszty łąki, następnego dnia wzmocniła pastuch i puściła prąd.

Jednak to za mało. Kury dostały się na świeżo wyrobioną ziemię i zaczęły grzebać. Indianka złapała kury i zamknęła. Wygrzebałyby wszystkie nasiona. Ogrodzenie ogródka musi być naprawdę bardzo gęste, aby tam żaden koźlak, kura, pies czy kot się nie dostał i szkód nie poczynił. Najlepsza byłaby siatka, ale Indianka nie ma siatki, ni kasy by ją kupić, a ma jeszcze drutu trochę, to wije ogrodzenie z drutu. Ogródek już jest ogrodzony na 2-3 druty. Lepiej by to było co najmniej 3 druty, a idealnie aby przeszkodę stanowiły 4 druty, aby mieć pewność, że ni koźlak ni kura nie dostanie się do ogrodu.

Szczęśliwym trafem popadało i ogródka nie trzeba podlewać, ale niektóre nasiona dość głęboko wysiane, więc jeśli deszczówka do nich nie dotrze, trzeba będzie osobno podlewać.

Część ogrodzenia ogródka nadal jest zarośnięta. Indianka się tam wybiera z wykaszarką. W sytuacji, gdy trawa dotyka drutu z prądem, są straty energii i pastuch słabiej działa, a co jak co, ale ogrodzenie ogródka musi być pod napięciem przy takiej ilości zwierząt wałęsających się wokół siedliska i ogródka.

Wykoszoną trawę Indianka zbiera i nosi kurom do dziobania. Kur na podwórko już nie wypuści, co najwyżej na wybieg, ale trzeba go uszczelnić wpierw, bo konie oderwały kawałek siatki od muru i kury mogą wyjść z wybiegu na podwórko i dalej dostać się do ogródka. Kury to zmyślne ptaki. Wszędzie wejdzie tak jak i koza.

Gdy Indianka szczelnie grodziła ogródek, kozioł przyglądał się bacznie indiańskim zabiegom. Widać było po nim, że coś knuje. Podszedł do ogrodzenia i stanął tuż przy pastuchu zaglądając do ogródka. Na pewno będzie próbował się dostać do środka, więc trzeba się na tę ewentualność przygotować i porządnie zagęścić pastuch.

Indianka pastuch rozciągnęła pomiędzy drzewami dla jego stabilizacji, a na odcinkach pomiędzy drzewami wbiła polipropylenowe paliki, na których umocowała drut z prądem. Ogrodzenie trzeba dokładnie uszczelnić, bo wystarczy jedna większa dziura i Indianka straci wszystkie warzywa zanim jeszcze urosną.

Dziś niedziela, ale Indianka z wykaszarką się do ogródka wybiera podkosić trawę pod pastuchem i powycinać pozostałe chaszcze z podjazdu i siedliska. Chciałaby także dziś kolejną partię skopanej gleby wyrównać i kolejne nasiona wsiać, więc jeśli coś jej innego nie wypadnie ze strony zwierząt typu przerwanie pastucha i konieczność nagłej interwencji itp. to może się uda ten zamysł zrealizować. Aura sprzyja – jest wilgotno i dość ciepło, więc nasiona mają optymalne warunki do kiełkowania.

Indianka lubi wykaszać trawę, ale wiele godzin wykaszania dziennie jest męczące, więc musi robić przerwy sobie na coś innego, zwłaszcza, że jej kręgosłup doskwiera od noszenia ciężkiej maszyny na barkach. Przydałaby się kosiarka samojezdna. Tyle, że przy wysokiej trawie i nierównym terenie taka kosiarka i tak by sobie rady nie dała.

Trzeba dziś też znaleźć czas na ugotowanie karmy dla psów i obiadu dla siebie. Indianka ma dość naleśników po których czuje się senna. Pora na pożywne mięsko. Tylko mięso daje jej siłę by mogła tak dużo pracować całymi dniami. Naleśniki są smaczne, ale nie zaspakajają potrzeb organizmu Indianki. Indianka idzie spać senna i budzi się senna. Coś jest nie tak. Osłabienie organizmu z przepracowania? Za dużo tlenu? A może jakaś choroba się w niej rozwija i organizm z nią walczy i stąd to osłabienie? A może mleko tak ją usypia? Mleko ma to do siebie, że działa nasennie. Indianka ostatnio zajada się naleśnikami, budyniami, popija kawą zbożową z mlekiem... pogryza chleb upieczony na mleku kozim... Może za dużo tego mleka? Albo brak witamin... Warzywa jeszcze nie urosły, tylko bazylia w domu w doniczce. Indianka dodaje ją do jajecznicy. Jajecznica jest boska – z dwóch lub trzech jaj o pomarańczowych żółtkach i z dodatkiem mleka koziego. Dodatek mleka koziego nie odbiera barwy jajecznicy. Nawet po dodaniu mleka jest nadal pomarańczowa. Takie piękne jajka są od kurek zielononóżek.

sobota, 18 czerwca 2011

WWOOF

Rancho na Mazurach Garbatych
WWOOF to międzynarodowa organizacja zrzeszająca ochotników z całego świata wspierających gospodarzy gospodarstw ekologicznych oraz zrzeszająca gospodarzy gospodarstw ekologicznych, którzy takiego wsparcia potrzebują.

About  WWOOF / O organizacji WWOOF
WWOOF organisations links people who want to volunteer on organic farms or smallholdings with people who are looking for volunteer help.

What is WWOOF? Co to jest WOOF?

WWOOF provides a way for volunteers (WWOOFers) to learn about organic food, farming, and ways of life. In doing so it brings together people to share common human values and thinking. WWOOF also hopes to provide helping hands to its organic WWOOF hosts and allow WWOOFers to understand what it means to live organically. WWOOF is an exchange programme- volunteer help in exchange for food, accommodation and learning.

WWOOF zapewnia ochotnikom możliwość poznania ekologicznej żywności, ekologicznych form gospodarzenia i ekologicznych stylów życia. Czyniąc to, łączy ludzi celem dzielenia się egzystencjonalnymi, podstawowymi, prostymi ludzkimi wartościami i myśleniem. WOOF także ma nadzieję dostarczać pomocne dłonie dla swoich ekologicznych gospodarzy i pozwolić ochotnikom (WWOOFerom) zrozumieć co oznacza żyć ekologicznie. WWOOF to program wymiany – ochotniczej pomocy w zamian za wyżywienie, zakwaterowanie i naukę.

The Aims of WWOOF are: / Celami WWOOF są:

·  To give first hand experience of organic or other ecologically-sound growing methods
·       Dostarczenie doświadczenia z pierwszej ręki na temat organicznych oraz innych ekologicznych metod uprawy
  • ·  To give experience of life in the countryside
·       Dostarczenie doświadczenia na temat życia na wsi
  • ·  To help the organic movement which is labour intensive and does not rely on artificial fertilisers, herbicides or pesticides
·       Wspomożenie ruchu ekologicznego, który jest pracochłonny I nie opiera się na nawozach sztucznych, herbicydach I pestycydach
  • ·  To give people a chance to meet, talk, learn and exchange views with others in the organic movement
·       Danie szansy ludziom na spotkanie, rozmowy, naukę i wymianę poglądów z innymi uczestnikami ruchu ekologicznego
  • ·  To provide an opportunity to learn about life in the host country by living, and working together
·       Stworzenie możliwości nauki o życiu w kraju gospodarza poprzez wspólne mieszkanie razem i pracowanie razem
WWOOF w Polsce
Organizacja WOOF w Polsce zrzesza około 30 gospodarstw ekologicznych, z czego najbardziej okazałym jest luksusowy kurort w Giżach, najoryginalniejszym farma Ananda, a najbardziej potrzebującym pomocy rąk wolontariuszy – wooferów jest gospodarstwo Indianki :)

Ruch WOOF daje możliwość nie tylko poznania ekologicznych farm i metod ich działania, ale daje także cenną możliwość tanich wakacji i taniego podróżowania po całym świecie, gdyż wwoofer nie płaci za pobyt na farmie. Wwoofer za dobrowolną pomoc w pracach gospodarskich dostaje darmowe wyżywienie i zakwaterowanie, ma możliwość zwiedzania okolicy i czerpania przyjemności z jej poznawania i jej walorów. W ten sposób wielu obieżyświatów podróżuje po całym świecie, płacąc tylko za przejazdy z kraju do kraju lub z farmy do farmy. Natomiast utrzymanie tacy obieżyświatowie mają za darmo dzięki ekologicznym farmom, do których trafiają. To fantastyczny sposób na tanie podróżowanie i zwiedzanie oraz poznawanie świata, poszczególnych krajów i ich kultur niejako od podszewki, gdyż taki wwoofer wchodzi w bardzo bliski kontakt z krajanami – razem z nimi mieszka na farmie, razem z gospodarzami je i pracuje, wymienia poglądy. W Polsce jest to stosunkowo nowy ruch, ale na świecie istnieje już od wielu lat.

W Polsce nie ma tradycji wwooferowania [łuferowania]. Co prawda dawniej praktykowano pomoc miastowych na wsi, ale odbywało się to głównie w gronie rodzinnym. Były to letnie wyjazdy ludzi z miasta do ich rodzin na wieś, gdzie w zamian za pomoc w sianokosach czy żniwach gospodarze raczyli miejskich krewniaków  wiejskim jadłem i napitkiem i często wyposażali na powrót w wielką, wiejską wałówę.

Jednak wwooferowanie to kontakty obcych sobie ludzi, których łączy wspólna idea, a mianowicie ekologiczny styl życia. W Polsce istnieje naturalna mentalna opozycja do pomagania za darmo, gdyż za czasów komuny polskie władze socjalistyczne regularnie urządzały masowe i przymusowe spędy ludności celem świadczenia przez tych ludzi darmowej pracy na rzecz Państwa. Nazywało się to „prace społeczne”, choć powinno było być określane mianem "prace przymusowe" albo "odrabianie pańszczyzny" (w średniowieczu, pańszczyzna to była darmowa przymusowa praca chłopów na rzecz ich pana, chłopi ci często byli niewolnikami swojego pana, lub mieli ograniczone prawa do wolności, tzn. nie mogli na własną rękę przemieszczać się, musieli pytać o zgodę pana swego gdy chcieli zawrzeć związek małżeński itp. Za sprzeniewierzenie się swojemu panu, groziły chłopu drastyczne konsekwencje włącznie z karą chłosty, a nawet nierzadko śmierć z rąk pana lub jego przybocznych)

Za komuny za odmowę w „pracach społecznych” groziły represje i różne nieprzyjemności. Np. ktoś kto odmówił brania udziału w takim czynie społecznym – mógł zostać zwolniony z pracy lub zdegradowany, albo obcinano mu premię lub utrudniano np. dostęp na uczelnię jego dziecku itp.

Prace społeczne za czasów komuny, to były prace przymusowe, wbrew woli ludzi zmuszanych do nich. Obecne demokratyczne władze polskie nie stosują przymusu prac społecznych. Komuna i prace społeczne się skończyły wraz ze starym ustrojem, ale niechęć Polaków do pomagania za darmo pozostała w ich świadomości i podświadomości.

Ruch wolontaryjny zaczął się na Zachodzie wolnym od takich obciążeń typu „prace społeczne”. Powstał on we wczesnych latach 70tych ubiegłego stulecia i poprzez ostatnie 40 lat bardzo się rozwinął i rozprzestrzenił na całym świecie. WWOOF to specyficzna odmiana wolontariatu, polegająca na ochotniczej pracy na gospodarstwach ekologicznych. W rzeczy samej, czysty wolontariat nie wymaga nic w zamian – ani jedzenia, ani zakwaterowania. Opiera się na całkowicie darmowej pracy wolontariusza. W przypadku WWOOF powinno się raczej mówić o korzystnej wymianie ochotników i gospodarzy, gdyż obie strony na tej wymianie zyskują. Gospodarz zyskuje dodatkowe ręce do pracy, a wolontariusz wyżywienie, zakwaterowanie, naukę oraz możliwość taniego zwiedzania i poznawania kultur krajów, które odwiedza.

Indianka nie wiedząc o takim ruchu, tj. nie zdając sobie sprawy z istnienia programu WWOOF – zainicjowała tzw. „Wakacje w zamian za pomoc na gospodarstwie” już w roku 2007. Na forum, na którym o tym po raz pierwszy napisała, jej pomysł spotkał się z krytyką ciemnych, uwstecznionych, zacofanych, kołtuńskich bab hipokrytek, które nie umiały dostrzec korzyści z takiej wymiany. Baby posunęły się też do tego, że wycięły Indiankę z forum i zablokowały jej możliwość publikacji postów i propagowania jej rewelacyjnych pomysłów.

Ale były też i głosy entuzjastyczne osób otwartych na nowe doświadczenia.
Dzięki nim, Indianka zaczęła propagować swój pomysł „Wakacji w zamian za pomoc na gospodarstwie” już na swoim blogu, którego żadna tępa, zakłamana baba z tamtego forum nie jest w stanie zablokować.



Ekologiczne gospodarstwo Indianki zaczęło brać udział w programie WWOOF w zeszłym roku. Pierwszym gościem z tego programu był młody Australijczyk z Sydney. Pomagał na rancho przez tydzień. Obieżyświat Ashley w ten sposób podróżuje od roku czasu – wykupił sobie przeloty do kluczowych krajów świata i gdy się znajdzie w danym kraju, szuka zakwaterowania na ekofarmie by zaoszczędzić na kosztach podróży i utrzymania. W zeszłym roku Indianka stała nieco lepiej finansowo i materialnie, było więcej mleka koziego, więcej jaj kurzych. Ashley pomagał przez 5 godzin dziennie, a potem miał czas wolny dla siebie – chodził na spacery, robił zdjęcia, pływał w jeziorze.

Podczas swojego pobytu pracował przy wyrzucaniu obornika i bieleniu ścian, także nauczył się doić kozy. Gdy kopytka jednego z koźląt zostały zaatakowane przez pasożyty – sam z własnej inicjatywy troskliwie się koźlęciem zajmował, oczyszczał rany z pasożytów, dezynfekował i leczył je razem z Indianką. Spisał się na medal. Totalny mieszczuch, z potężnego miasta Sydney, pierwszy raz w życiu na farmie, a spisał się znakomicie, ku zaskoczeniu Indianki. W zeszłym roku Indianka nie miała bieżącej wody w domu. Ashley się tym nie przejął. Nie narzekał. Kąpał się w rzeczce. Tacy są prawdziwi wwooferzy. Dzielni i szlachetni oraz odporni na trudy życia wiejskiego.

Jesienią zeszłego roku Indianka rozprowadziła na nowo bieżącą wodę w domu. Obecnie w domu jest bieżąca zimna i ciepła woda w łazienkach, bieżąca zimna woda w kuchni i możliwość uruchomienia bieżącej ciepłej wody w kuchni (ale Indianka woli nagrzewać wodę do prania ciuchów i mycia naczyń w garach na jej megapiecu, bo jest bardziej wydajny niż ten piecyk w piwnicy co grzeje bojler z ciepłą wodą).

W tym roku dopiero kilka dni temu zaczęło się mleko kozie i jaja kurze. Obecnie Indianka bazuje na mleku od jednej kozy i jaj od dwóch kur, jest to niewiele i ledwo starcza na jej osobiste potrzeby, no ale pulchne i smakowite naleśniki na mleku kozim i na jajach kurzych już smaży i może się nimi podzielić, chleb na mleku kozim wypieka czyli podstawa wyżywienia jest, natomiast nad warzywami pracuje w ogródku – nawozi i kopie ziemię, sieje nasiona, grodzi ogródek, podlewa sadzonki itd.

Każdy chętny, kto chciałby wziąć udział w wymianie typu WWOOF i pomóc Indiance w jej pracach gospodarskich, nauczyć się z pierwszej ręki ekologicznego stylu uprawy ziemi i poznać życie na wsi – może się zgłosić do Indianki poprzez organizację WWOOF lub bezpośrednio do Indianki i dzięki temu zyskać ciekawe, darmowe ekowakacje.

Szczególnie miło będzie Indiance widzieć osoby znające się na treningu koni. Indianka ma dwa piękne konie do ujeżdżenia i do przyuczenia do pracy w zaprzęgu. Jakby udało się je w końcu przyuczyć do pracy w polu - była by znaczna wyręka w pracach gospodarskich. Byłoby Indiance dużo lżej pracować...

Pracy jest tu huk, a Indianka sama jedna pracuje od świtu do nocy, więc każde pomocne ręce będą mile widziane. Gościnność Indianki ograniczają jedynie skromne zasoby spożywcze, ale ma i na to sposób. Od tych osób, dla których już nie da rady zapewnić pożywienia, nie będzie oczekiwała 5 godzin pracy, a jedynie 2 godziny – w zamian za nie, osoby te otrzymają możliwość darmowego pobytu na gospodarstwie, tj. darmowe rozstawienie namiotu i dostęp do łazienki oraz wrzątku do parzenia napoi oraz w czasie pracy – herbaty ziołowe.

Osoby otwarte na formę współpracy w stylu WWOOF zapraszam do współpracy :)

Kontakt:  CreativeIndianka  (at)  vp.pl 

Dawniej tj. za komuny naród polski nie cierpiał „prac społecznych”. Jednak tamte prace społeczne nie mają nic wspólnego ze współczesnym wwooferowaniem czyli ochotniczym pomaganiem na farmach ekologicznych, które opiera się na dobrej woli wwoofera, który z własnej, nieprzymuszonej woli jedzie na farmę pomagać gospodarzom i robi to świadomie.  Wytycznymi wwooferowania są chęć poznania ekologicznych metod gospodarzenia i pomoc gospodarzom, którzy tej pomocy potrzebują. Niejako przy okazji wwoofer ma możliwość poznania okolicy i jej kultury, gdyż, w odróżnieniu od chłopa pańszczyźnianego z czasów średniowiecza, jest człowiekiem wolnym, w pełni korzystającym ze swoich praw wolności, w tym prawa do swobodnego przemieszczania się. Wwooferowanie jest formą pomocy dla gospodarza całkowicie dobrowolną, co nie oznacza, że samowola wwoofera będzie mile widziana. Tzn. odmowa wykonana prac potrzebnych i niezbędnych dla gospodarza, a zwłaszcza istotnych dla gospodarstwa będzie niemile widziana, bo kłóci się z ideą wwoofowania, które ma na celu pomoc gospodarzom. Jeśli ktoś przyjeżdża na gospodarstwo w celu pomocy, dostaje jedzenie, zakwaterowanie i odmawia pomocy - to nie jest prawdziwym wwooferem tylko naciągaczem. Dla zobrazowania problemu podam przykład: idzie burza, na polu leży siano, które należy błyskawicznie zwieźć lub przykryć, a wwoofer ma to gdzieś i idzie sobie na truskawki. W takiej sytuacji wwoofer może błyskawicznie wylecieć z gospodarstwa i to z wielkim hukiem :))) Owszem, wwoofer jest wolnym człowiekiem i pracuje dobrowolnie, ale musi się trzymać głównych zasad WWOOF. Jeśli je łamie - jego pobyt i obecność na gospodarstwie traci sens, a on sam tak na prawdę przestaje być tym wwooferem i staje się osobą non grata - czyli osobą nieporządaną - innymi słowy - gnuśnym nierobem i zawalidrogą, którego widok drażni ciężko pracującego gospodarza.

Wwooferzy przyjeżdżają na kilka dni lub tygodni, niekiedy i na miesiące, a nawet i na lata. Naturalnie, każdy gospodarz wolałby takiego wwoofera, który przyjedzie na dłużej, a wiąże się to z wkładaną w takiego wwoofera pracą w jego szkolenie i naukę pracy na gospodarstwie. Ponadto każde gospodarstwo ma swoją własną specyfikę, którą poznaje się stopniowo przez dłuższy okres czasu. 
Znajomość tej specyfiki ułatwia pracę na gospodarstwie i umożliwia unikanie błędów, często kosztownych błędów. Natomiast wwoofer niedoświadczony jest niewydajny i jego pomoc na gospodarstwie jest znikoma, gdyż często popełnia błędy, trzeba go poprawiać i nadzorować, pracuje bardzo powoli.

Trafiają się także i wwooferzy leserzy, typowo nastawieni na darmowe wakacje, a trzeba tu pamiętać o tym, że wwoofowanie, to wymiana polegająca na obopólnych korzyściach. Jeśli na gospodarstwo przyjeżdża wwoofer, nastawiony na darmowe żarcie i zakwaterowanie w zamian za udawanie, że niby pracuje, lub taki wwoofer, który wiele narzeka, ma wiele wymagań i oczekiwań, a niewiele z siebie daje - wówczas taki wwoofer musi się liczyć z tym, że go gospodarz poprosi aby już wracał do swojego domu lub jechał sobie dalej ;)))

Żaden gospodarz - czy bogaty czy biedny - nie będzie za darmo utrzymywał darmozjadów. Jeśli ktoś decyduje się na bycie wwooferem, musi być tego świadom co to oznacza. Indianka, mając skromne ilości pożywienia nie będzie odejmowała sobie od ust aby utrzymać cwanego darmozjada, który ściemnia, że niby pracuje, albo co gorsza odstawia dywersje typu wypacykowanie goldbandem ścian obory zamiast wymalowanie ich powierzonym odkażającym wapnem. Indianka takiego grzecznie wyprosi z gospodarstwa, albo zacznie kasować go za pobyt.

Gdy gość zacznie płacić, wówczas nic nie będzie musiał robić, nie będzie musiał pomagać, a będzie mógł się byczyć na rajskim rancho Indianki do woli.

Indianka ma trudną sytuację materialno-finansową, i dajcie wiarę, nie może utrzymywać darmozjadów i nie będzie tego robić. I tyle.

Natomiast osobnik, który będzie samowolnie wykonywał prace, których Indianka nie chce lub nie potrzebuje, albo są mniej istotne dla niej lub dla gospodarstwa w danym momencie, podczas gdy prace istotne dla gospodarstwa będą przez wwoofera zaniedbane - w tej sytuacji Indianka może poprosić wwoofera, aby zajął się tym, co dla niej ważne, a te mniej istotne prace darował sobie lub zostawił na później, gdy te istotne będą wykonane. Jeśli wwoofer uparcie będzie robił co do niego nie należy, a prace istotne będą leżały odłogiem, wówczas może się liczyć z zaprzestaniem karmienia go. Indianka niesfornego wwoofera raczej z gospodarstwa nie wyrzuci, jeśli bardzo nie będzie jej przeszkadzał, ale karmić go nie będzie. Taki stolerowany wwoofer będzie mógł pobyć sobie na gospodarce, ale bez wyżywienia.
Będzie mógł bawić się w gospodarzenie, ale na swój koszt.

piątek, 17 czerwca 2011

Pod namiot

Indianka niestety nie może zaoferować pokoi do wynajęcia, bo nie ma za co ich wykończyć. Nie może też zaproponować wyżywienia w zamian za pomoc na gospodarstwie, bo go nie ma w tym roku: zredukowała zwierzynę, bo nastawiła się na remont domu w tym roku, który z powodu niewypłacenia jej przez ARiMR dotacji rolniczych stał się niemożliwy do zrealizowania. Jednak może zaproponować urokliwe i pełne śpiewu ptaków miejsce pod namiot na łące nad rzeczką pod lasem oraz dostęp do łazienki w jej domu: 10zł/dobę od osoby za miejsce na na ustawienie namiotu na ekologicznej łące lub za darmo dla tego, kto zechce pomagać na gospodarstwie 2 godziny dziennie. Dla osób pomagających przy pracach gospodarskich przewidziany jest dzbanek z herbatą ziołową lub kawą zbożową.
Rozbić się z namiotem można w jednym z licznych malowniczych miejsc 11 hektarowego, pięknie ukształtowanego, czystego ekologicznie gospodarstwa. Na gospodarstwie znajduje się rzeczka, oczka wodne, stawik, las, zagajniki, wzgórza widokowe. Na pastwiskach pasą się kozy, w sadach wypasają się piękne, srokate konie. Indianka może zaoferować chrust i miejsca na ogniska. Jeśli Indianka coś zarobi, kupi kury i będą świeże jaja do kupienia na gospodarstwie.
Prace gospodarskie jakie wykonuje obecnie samodzielnie Indianka, a do których potrzebuje pomocy to:
  • sprzątanie stajni, koziarni, obory, kurnika
  • koszenie trawy
  • kopanie ziemi pod warzywa
  • budowa ogrodzenia stałego
  • sadzenie różnych sadzonek
  • bielenie stajni
  • zgrabianie siana i ustawianie w snopki
  • zbieranie gałęzi w lesie i znoszenie ich pod dom
  • zbieranie ziół
Indianka nie może zaproponować swojego wyżywienia, ale może podjąć się gotowania posiłków ze składników powierzonych przez turystów w zamian za symboliczną opłatę za wodę, prąd i gaz oraz jej pracę: 10zł/dziennie od 1 osoby dla której mają być przygotowywane posiłki.
Chętni są proszeni o kontakt na Creative.Indianka  (at) vp.pl lub komórka: 607507811 Pozdrawiam czerwcowo, Indianka

środa, 15 czerwca 2011

Extreme Makeover

Extreme Makeover
Indianka uwielbia oglądać amerykański program Extreme Makeover. Jest bardzo inspirujący.
Dziś beneficjentem projektu jest rodzina prowadząca gospodarstwo ekologiczne, więc ten odcinek jest Indiance szczególnie bliski. Amerykańska rodzina hoduje owce, srokate konie, uprawia warzywa. Rodzinę dotknęły wielkie nieszczęścia: śmiertelna choroba matki i pożar domu...

Matka rodziny cierpiała na białaczkę, ale z ludzką pomocą dawcy szpiku wyszła z tej śmiertelnej choroby.

Niestety, w domu wybuchł pożar i choć udało się go uratować, to został zniszczony pożarem i wodą laną przez strażaków.

Rodziny nie stać na remont domu, a z powodu grzyba i wilgoci oraz zniszczeń drewnianego domu, mieszkają w przyczepie campingowej.

Ekipa Extreme Makeover postawiła rodzinie ekologów nowy dom, turbinę wiatrową i urządziła ogrzewanie termalne.

Ford dał im w prezencie nowy duży samochód!

W programie wziął udział ulubiony aktor Indianki – David Duchowny.

Super odcinek!

Indianka zazdrości Amerykanom – dostali nowy dom, samochód, wyposażenie domu pełne ekologicznych elementów oraz energooszczędnych sprzętów gospodarstwa domowego, turbinę wiatrową (taką małą niegroźną dla otoczenia i zdrowia ludzi), zbiornik na deszczówkę, system geotermiczny do ogrzewania domu, nową owczarnię...
Extra! :)

Dom zbudowała brygada budowlańców oraz kupa ochotników z okolicy...

Na miejscu był obecny dawca szpiku dla chorej matki... Wspaniały program...

„O my God!” to zdanie członkowie rodziny często wykrzykiwali, gdy ujrzeli swój nowy dom...

 Indianka też by tak chciała :) Kiedy polska edycja programu Extreme Makeover??? ;)))









Roztargniona

Indianka nie pamięta, co wczoraj robiła :))) Coś robiła, ale nie bardzo pamięta co i nie wszystko. Pewnie dlatego, że robiła kilka czynności na raz, rozmawiała z kilkoma osobami na raz i jednocześnie oglądała witryny internetowe i TV.

 

Aaaa... już coś świta :))) ściągnęła z netu pożyteczne informacje, które będzie musiała sobie przyswoić. Trwało to wieki, bo internet na wsi mazurskiej w jej okolicy ślimaczy się jak prawdziwy winniczek. Właściwie winniczek szybciej się posuwa po trawie, niż strony wgrywają się na ekran...

 

Między wgraniem jednej a drugiej strony Indianka wywoziła obornik.

 

Wieczorem znacznie rozbudowała sektor wypasowy w sadzie. Właściwie Indiana to wymusiła na Indiance, bo wylazła spod pastucha swojego sektoru do kolejnej części sadu.

Strasznie sprytna ta klacz i wywrotowy charakter ma. Trzeba będzie drut rozciągnąć w tym sektorze, bo taśma to dla Indiany niewielka przeszkoda.

 

Indianka nie jest pewna, czy jej tego drutu starczy, bo już kawał ziemi ogrodziła drutem.

Najpierw trzeba będzie ogródek szczelnie odseparować od kóz, to wtedy jeśli coś zostanie z tego drutu będzie to można użyć do wzmocnienia ogrodzenia sektora wypasowego w sadzie.

 

No i pojemniki do wysiewu nasion skończyły się. Indianka sieje w doniczkach. Zostały już tylko doniczki bez dziurek, więc Indianka nałożyła wiertło odpowiedniej grubości na wiertarkę i wierci dziury w doniczkach. Część z nich jest pusta, część pełna.

W części doniczek posadzone są rośliny, które aby kwitły potrzebują ciasnych doniczek, więc trzeba je będzie przełożyć do mniejszych doniczek.

 

Dzisiaj chłodno. Indianka po nawierceniu doniczek wybiera się z tym majdanem na dwór, na jej roboczy stół, coby w domu nie nabrudzić.

 

W doniczkach Indianka w domu sieje zioła, które będą mogły być użytkowane w kuchni w domu, a część z nich będzie można wysadzić do gleby  na dworze.

Bazylia ładnie rośnie na parapecie. Indianka posiała też szczypiorek ogrodowy i pietruszkę naciową ozdobną w doniczkach.

 

Indianka ma jeszcze sporo nasion do wysiania. Trzeba przygotować kolejną partię donic i szybko siać, aby to zdążyło urosnąć tego lata...

 

 

 

 

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Drzewka owocowe

Indianka chętnie przyjmie sadzonki drzewek i krzewów owocowych, każdą ilość, o każdej porze roku. Najchętniej drzewka tradycyjne, wysokopienne. Nawet teraz. Było gorąco, teraz pogoda, temperatura i wilgotność jest w sam raz do posadzenia. Indianka wie jak sadzić, by się drzewko przyjęło nawet o tej porze. Najwyżej w tym roku drzewko nie zaowocuje, ale przyjąć się przyjmie. Każdy kto się do Indianki wybiera w gości będzie chętnie widziany z drzewkami owocowymi.

Pogodny poniedziałek

Indianka wcześnie rano wstała i bosymi nogami weszła w zroszoną trawę. Poszła do sadu i w międzyrzędziu pomiędzy drzewkami owocowymi ustawiła koniom kolejną kwaterę do wypasu trawy. Konie bardzo dokładnie trawę wyjadają, tuż przy samej ziemi. Zębami koszą trawę lepiej, niż jakakolwiek kosiarka mechaniczna. Nie niszczą też drzewek tak jak kozy czy krowy to robią. Krowa łbem lubi się czochrać o drzewa i drzewka i czasem nawet chapnąć kiść liści owocowych. Natomiast kozy dla sadu to prawdziwa cicha, szybka i skuteczna zagłada. Absolutnie nie można ich do sadu wpuszczać luzem. Ogryzą korę, zjedzą liście i gałązki. Jeśli je wypasać, to tylko na lince tak, by nie mogły sięgnąć do drzewek.

 

Indianka kóz w ogóle do sadu nie wpuszcza. Pasą się na swojej łące z dala od sadu. Jedynie konie mają zaszczyt wyjadania międzyrzędzi w sadku. Ten rodzaj pielęgnacji sadu, to najbardziej ekologiczny z możliwych. Konie starannie wygryzają trawę i jednocześnie nawożą świeżym obornikiem glebę. Trzeba tylko umiejętnie manewrować pastuchem elektrycznym udostępniając koniom same międzyrzędzia pomiędzy drzewkami. Koń drzewek nie zjada, chyba, że ugryzie przez pomyłkę razem z trawą. Może co najwyżej podeptać drzewka i je połamać jeśli są już zdrewniałe. Podeptać tylko wtedy, kiedy drzewka nie zauważy, więc wystarczy wbić obok drzewka biały palik i koń na palik się pchać nie będzie bezmyślnie. Konie mają to do siebie, że przeszkody omijają. Jeśli drzewko jest jeszcze niezdrewniałe, trącone sprężynuje i nie łamie się. Bardziej trzeba zabezpieczać te zdrewniałe drzewka.

 

Klacz Indiana znalazła bramkę na pastwisko zabezpieczoną tylko jednym wysoko umieszczonym drutem i ma chęć bryknąć na swoją obszerną łąkę, na której pasła się wcześniej. Trzeba będzie tam zamocować dodatkowy drut z klamką, bo konie muszą zostać w sadzie i go dokładnie wykosić. Ponadto konie muszą karnie chodzić w pastuchu, aby go nie przerywały i nie tratowały drzewek. W tym celu należy pastuch w sadzie wzmocnić drutem. Sznurki elektryczne nie zawsze się sprawdzają. Gdy są nowe – tak, ale stare i porozrywane nie przewodzą prądu jak należy. Są za to lepiej widoczne dla koni. Więc Indianka rozpina pastuch elektryczny składający się ze sznurka elektrycznego lub taśmy elektrycznej i dodaje drut. Drut jest niezawodny i zawsze tłucze porządnie.

 

Koń dobrze wyuczony potrafi karnie chodzić w pastuchu składającym się ze zwykłego sznurka bez prądu. Bywa, że chodzi tak dnie całe i tygodnie, zanim się zorientuje, że nie ma zagrożenia czyli nieprzyjemnego prądu. Bywa także, że już wie, że prądu  nie ma w sznurku, ale z przyzwyczajenia go nie forsuje. Po prostu porusza się w ramach pastucha po swoim pastwisku. Konie są bardzo czułe na prąd. Nie znoszą prądu w pastuchu. Dobrze wyuczone karności – grzecznie pasą się w ramach wyznaczonych przez pastuch.

 

Niemniej jednak, zalecana jest bieżąca kontrola pastucha. Indianka wie, kiedy można konie zostawić w pastuchu bez prądu, a kiedy nie. Zna zachowania i tendencje swoich koni. Wie, który do czego jest zdolny. Ogierowi wystarczy jedna linka lub drut by go nie przerywał, ale Indiana gdy widzi jeden drut lub taśmę – potrafi pod nią się prześlizgnąć na soczystsze pastwisko obok za pastuchem. Robi to częściowo z przekory, bo to dość przekorna klacz. Lubi się wygłupiać i stroić sobie żarty z misternie uplecionego pastucha.

 

Indianka ma za mało palików, mimo, że co roku kupuje kolejne partie. Łatwo ulegają one połamaniu. W piwnicy leży stos ze 100 połamanych tyczek. Indianka teraz nie ma kasy, by kupić nową partię tyczek, więc musi bazować na tej ilości co ma i wspomagać się drzewami.

Drzewa służą jako punkty naciągania pastucha i jego stabilizatory. Dobrze mieć pastuch naciągnięty na drzewach, a pomiędzy nimi wstawione paliki polipropylenowe. Zwłaszcza miejsca załamań pastucha czyli kąty wymagają mocnego zaczepu, bo mają tendencję do wyginania palików. W takich miejscach powinny być drzewa do naciągnięcia i stabilizacji pastucha. Jeśli w miejscach załamań nie ma drzewa, najlepiej byłoby wkopać masywny słupek drewniany.

 

Konie to wdzięczne kosiarki. Nawet jeśli napotkają na swojej drodze niezabezpieczone drzewko, potrafią starannie obgryźć trawę wokół niego, nie ruszając samego drzewka.

 

Dlatego warto używać je jako naturalne, żywe, ekologiczne kosiarki. Trzeba to tylko robić umiejętnie i dobrze wyuczyć swoje zwierzęta dyscypliny pastuchowej.

niedziela, 12 czerwca 2011

Udana niedziela

Indianka tę niedzielę spędziła nader pożytecznie. Wywiozła z 10 taczek obornika do nowopowstającego warzywnika, wzmocniła pastuch dla koni, udostępniła koniom kolejny kawałek zielonej łąki, przestawiła na nowe osty kozę, które ta ochoczo zaatakowała i poczęła z lubością chrupać, przywiozła kilka wiader żyznej, czystej od chwastów i nasion ziemi, którą to ziemię usłużne krety wykopały dla Indianki nad rzeczką, nasypała ową pulchną ziemię do pojemników i doniczek, które wstawiła do domu, posiała kolejną partię nasion, posadziła ukorzenione w wodzie rośliny domowe do doniczki, posadziła młode kaktusiki, które mnożą się jak popaprane, a które przywlokły się za Indianką na Mazury przypadkiem (przez pomyłkę zabrane z klatki schodowej przez jednego z kierowców chłodni, którą Indianka przybyła 9 lat temu na Mazury), a są bestie odporne i przetrwały największe mazurskie mrozy i nie chcą dobrowolnie zdechnąć i mnożą się i wciąż mnożą psując feng szui na parapetach domu Indianki. Wieczór zimny dość, czuć chłód przez grube mury domu. Dobrze, że Indianka zabrała te nieskiełkowane nasiona do domu – tutaj nie zmarnują się, a wzejdą na pewno.

 

Ostatnio wysiała 4 palety roślin. Dwie w domu i dwie na dworzu. Te wysiane w domu już skiełkowały i rosną, a te co na dworzu siane – ani jeden kiełek się nie pokazał. Istnieje ryzyko, że nasiona zgniją w zimnej nocami ziemi, więc Indianka zabrała te dwie paletki do domu. Nowa taczka idealnie nadaje się do przewożenia pojemników na nasiona – ma dno dostatecznie płaskie i obszerne by się w niej zmieściły pojemniki w całości. W taczce stalowej przełamywały się na pół niestety, bo ona ma bardzo stromy przód. Indianka bardzo zadowolona ze swojej nowej taczki :). Dawniej cieszył ją każdy zakup nowego ciucha, eleganckiej torebki czy kosmetyka, teraz cieszy ją zakup użytecznej taczki :) Oh, jakżesz zmieniły jej się upodobania... ;)))

 

Kodeks Indianki

Gdy jesteś sama na gospodarce, a ogrom pracy jest ponad Twoje siły, nie masz maszyn ni kasy by sobie zagospodarowanie ziemi zmechanizować lub by nająć cudze maszyny, a jesteś pracowita i uparta – stosuj kilka zasad pioniera – czyli osoby, która jest zdana tylko na siebie.

Oto one:
  1. Metoda małych kroczków.
  2. Zasada unikania pustych przelotów.
  3. Wykonuj różne drobne czynności mimochodem.
  4. Wykorzystuj siły natury i swoją wiedzę o faunie i florze.
  5. Bądź elastyczna i adaptuj siebie i siły przyrody do swoich zadań.
  6. Dbaj o swoje wysokie morale.
  7. Snuj marzenia, rób projekty i szukaj możliwości wsparcia swoich planów.
  8. Pozytywne wibracje.
  9. Oszczędzaj swoje nieliczne złotówki, czas i energię.
  10. Zadbaj o siebie.
  11. żyj w zgodzie z naturą
  12. Umacniaj się w wierze w słuszność Twojej misji.
  13. Rozważna alokacja sił i środków
  14. Metoda dwie pieczenie przy jednym ogniu
  15. Metoda Efekt Motyla
Oto przykłady:
Ad. 1. Metoda małych kroczków
Jesteś chora, źle się czujesz lub po prostu nie masz siły ani ochoty by danego dnia pracować i porywać się na wielkie i męczące przedsięwzięcia? Zmuś się do pojedynczych, małych czynności, najlepiej takich, na które masz ochotę w danym momencie, to nie odczujesz, że pracujesz. Czyli np. popraw pastuch elektryczny, przestaw kozy, daj jeść psom, wywieź taczkę lub dwie obornika, pozbieraj trochę szkieł z siedliska, wkop jedną czy dwie rośliny. Staraj się robić codziennie cokolwiek, by zaległości nie rosły, a by Twe morale zadowolenia z siebie i swojej pracy utrzymywało się na właściwym poziomie.

Ad. 2. Zasada unikania pustych przelotów
Wywozisz taczką na pole obornik. W drodze powrotnej załaduj taczkę drewnem, kamieniami lub żyzną ziemią ogrodową do doniczek lub na jałowe rabaty, by nie wracać z pola z pustą taczką i by zaoszczędzić czas i siły dzięki jednoczesnemu wykonaniu dwóch zadań przy użyciu jednej taczki.

Ad. 3. Wykonuj różne drobne czynności mimochodem
Idziesz przez podwórko i widzisz w piachu szkło, kawałek sznurka lub jakiś śmieć? Pochyl się i zabierz go do worka na śmieci. Idziesz i widzisz kawałki patyków, gałązek walające się po drodze? Pozbieraj i wrzuć na stertę do palenia.

Ad. 4. Wykorzystuj siły natury i swoją wiedzę o faunie i florze
Nie masz czym zaorać ogródka? Umiejętnie użyj do tego celu kopyt koni lub bydła.
Masz zarośnięte podwórko? Wpuść na nie konie na kilka dni i pozwól by wystrzygły je króciutko tuż przy ziemi.

Ad. 5. Bądź elastyczna i adaptuj siebie i siły przyrody do swoich zadań.
Praży Słońce, tak, że nie idzie wytrzymać na dworze i oczywiście pracować? Idź do stajni lub obory w cień, gdzie kamienne mury powodują, że temperatura jest wewnątrz kilka stopni niższa niż na dworze i ładuj taczki obornika i wywoź je na krótkie dystansy by jak najkrócej przebywać na Słońcu. Np. ściółkuj jałową rabatę pod warzywa dyniowate lub równaj podwórko w miejscach wgłębień. Wapnuj ściany stajni i obory.

Leje i wieje. Rób porządek w oborze lub w domu.

Jest ciepło, sucho, ale wieje. Siej duże nasiona aby Ci ich nie wywiało z rąk.

Chcesz przyspieszyć kiełkowanie nasion? Namocz je dzień lub dwa przed wysiewem.
Jeśli na dworze za zimno na wschody – siej w domu w pojemnikach lub stosuj włókninę lub folię na obsiany nasionami grunt.

Ad. 6. Dbaj o swoje wysokie morale.
Zapisuj codziennie co dokonałaś danego dnia i delektuj się swoimi najdrobniejszymi dokonaniami i swoją pracowitością, gdyż pamiętaj, iż zasadniczo jesteś wielka, a na Twoją wielkość składają się te drobne, acz liczne pracowite zabiegi oraz Twa niezmierzona wyobraźnia i pomysłowość.

Ad. 7. Snuj marzenia, rób projekty i szukaj możliwości wsparcia swoich planów.
Pozwól sobie marzyć i nie ograniczaj się w swych marzeniach, bo marzenia są przyjemne i mają terapeutyczną moc, ponadto silna wiara w nie działa cuda i pozwala je urzeczywistniać.
Najpierw marz, planuj, projektuj, a potem szukaj sposobów na realizację swych marzeń. Nie zrażaj się brakiem kasy lub pomocy - wykorzystuj dostępne dotacje unijne, stosuj wolontariat, wymianę barterową usług i towarów. Bądź otwarta na pożyteczne inicjatywy z zewnątrz, lub sama je inicjuj jeśli takich nie ma w Twojej okolicy.

Ad. 8. Pozytywne wibracje.
Utrzymuj kontakt i otaczaj się ludźmi pełnymi pozytywnej energii, unikaj wampirów energetycznych naładowanych złymi emocjami. Unikaj wyrachowanych bazyliszków, lub, jeśli to niemożliwe, ograniczaj kontakt z takimi do absolutnego minimum.

Ad. 9. Oszczędzaj swoje nieliczne złotówki, czas i energię.
Nie masz kasy na PKS – łap okazje, chodź na stopa.
Nie masz czasu by chodzić do wsi po chleb lub na pocztę czy do internet cafe by wysłać pocztę? - Piecz chleb w domu. Załóż sobie internet w domu.
Nie masz czasu by prać ręcznie? Kup pralkę automatyczną.
Masz do dyspozycji toporną i ciężką w obsłudze taczkę budowlaną, która pożera Twoje siły w szybkim tempie – kup lekką ogrodową, to wtedy zaoszczędzisz połowę sił i kręgosłup Cię nie będzie bolał od pchania ciężkiej taczki pod górkę, lub będzie bolał mniej.

Masz do wyboru wydać 15zł na PKS lub kupić za to 10kg mąki? Weź rower i jedź po tę mąkę, jeśli pogoda i zdrowie dopisuje. Po drodze zobaczysz urokliwą przyrodę i może znajdziesz jakieś ciekawe sadzonki na poboczach dróg, które wzbogacą Twój ogródek lub Twoją fototekę.

Ad. 10. Zadbaj o siebie.
Błagam Cię, zadbaj o siebie, o swoje potrzeby. Wykąp się, uczesz, zrelaksuj, ładnie ubierz, poleniuchuj przed TV lub pospaceruj po Twoich włościach lub okolicy...
Kup sobie coś smacznego lub ładnego... Choćby mały drobiazg. Pamiętaj - to Ci się należy.

Ad. 11. żyj w zgodzie z naturą
Przebywaj dużo, najlepiej cały dzień na świeżym powietrzu. Poddawaj swe ciało wiatrowi, Słońcu, deszczowi. Napawaj się śpiewem ptaków i spokojem otaczającej Cię natury. Ciesz oczy pięknem roślin i zwierząt. Przyglądaj się im, dotykaj, głaskaj, wąchaj, smakuj.
Zamiast kupować sztuczne zapachy, rwij kwiaty bzu, jaśminu i stawiaj je w sypialniach i łazienkach... Zamiast kupować warzywa, owoce, jajka, mleko i mięso – używaj produktów z własnego gospodarstwa. Jeśli okresowo nie masz ich lub masz za mało – staraj się stosować naturalne substytuty np. rwij zioła zastępujące warzywa, zbieraj ślimaki zastępujące mięso kozie lub krowie. Jeśli Twój sadek jeszcze nie owocuje, rwij dzikie owoce z przydrożnych drzew. Jeśli skończy Ci się herbata – zbieraj rumianek, liście róży, miętę i parz naturalne herbaty.
Jeśli dolega Ci coś – zbieraj zioła i parz zdrowotne herbatki zależnie od dolegliwości, np. jeśli masz miesiączkę parz kwiaty krwawnika.

Ad. 12. Umacniaj się w wierze w słuszność Twojej misji.
Pamiętaj, że to co robisz jest dobre i ma sens, a owoce Twych starań powoli zaczynają nabierać kształtu, powoli przybliżają Cię do Twego wymarzonego raju, mimo kłód rzucanych Ci pod nogi przez złych, zawistnych ludzi.
Pamiętaj, że oprócz ludzi złych, są też w Polsce i na świecie ludzi dobrzy i z takimi staraj się utrzymywać kontakt.

Ad. 13. Rozważna alokacja sił i środków
Jest ważna, zwłaszcza wtedy, gdy zarówno siły jak i środki są bardzo ograniczone.
Zwłaszcza wtedy, istotne jest gospodarowanie swoimi skromnymi zasobami, tak, by jak najefektywniej je wykorzystać.

Przykład:
Indianka miała do dyspozycji skromną kwotę z odzysku (zwrot za uszkodzony dawniej kupiony towar), w sumie niecałe 150zł.

Do zapłacenia ma kilka rachunków, w tym rachunek za prąd, za internet, za wodę i za wywóz śmieci, nie licząc KRUSu. Skromne zapasy żywności także się skończyły i należy je uzupełnić. Jednocześnie od dłuższego czasu Indiance doskwierał brak wygodnej, lekkiej taczki do wywozu obornika z obór. Stara taczka rozpadła się, a stalowa taczka budowlana była za ciężka i za toporna do wywożenia obornika, tym bardziej, iż od czasu wypadku na gospodarstwie Indianka cierpi na bóle kręgosłupa, które się nasilają, gdy pracuje fizycznie lub gdy odbywa długie marsze na Olecko i z powrotem.

Indianka po długich namysłach wybrała zakup taczki, ponieważ: ma do wykonania pilną robotę która nie może czekać – m.in. do wysprzątania są obory oraz co pilniejsze – skwerki przeznaczone na warzywnik trzeba szybko wyściółkować obornikiem, aby stworzyć warunki do uprawy dyniowatych, które są bardzo żarłoczne, jeśli chodzi o zasobność gleby w składniki pokarmowe. Dynie sadzi się rzadko, bo rozrastają się bardzo przykrywając powierzchnię ziemi dużymi liśćmi. Nadmiar obornika nie zaszkodzi im, bo Indianka zrobi dołki pod sadzonki w ten sposób, aby bezpośrednio nie stykały się z obornikiem. Jednocześnie obecność ściółki w postaci obornika zapobiegnie zachwaszczaniu poletka, nim urosną duże liście dyni, które zagłuszą ewentualne chwasty. Podczas deszczów, woda będzie wypłukiwała składniki odżywcze z obornika do gleby, w której będą posadzone dynie i w ten sposób dynie będą zasilane niezbędnymi dla nich składnikami odżywczymi.

Prąd i internet jeśli Indiance wyłączą – zapłaci za miesiąc, w międzyczasie dynie już zaczną kwitnąć i jest szansa, że zaowocują w tym roku dając Indiance pożywienie. Dla niej i dla ewentualnych wolontariuszy, którzy być może trafią na rancho by pomóc jej trochę w pracach gospodarskich oraz dla jej rodziny w mieście, która ją wspiera finansowo w miarę swoich możliwości.

Indianka chciała kupić taczkę na dwóch kółkach, ale ta była droższa o 70zł, więc kupiła tę najtańszą na jednym kółku i dzięki temu starczyło jej jeszcze na zakup mąki do wypieku chleba i na zakup niewielkiej ilości brakujących nasion, celem zastąpienia tych, które nie wzeszły lub sadzonek, które padły.

Wróciła PKSem, bo za PKS płaci się 7,50zł plus 1zł za bagaż w przypadku taczki, a taryfa by kosztowała 40-50zł czyli koszmarne marnotrawstwo pieniędzy.
Szczęściem kierowca wpuścił Indiankę z tym majdanem i nawet pomógł jej się z tą taczką ulokować w PKSie, bo w bagażnikach autokarowych nie było miejsca czy zepsute czy coś tam z nimi nie tak.
Wracając z PKSu z tą taczką 3km na piechotę Indianka robiła sobie po drodze przystanki i zbierała zioła. Zebrała pół taczki kwiatów czarnego bzu – to lecznicze zioło. Czyli optymalnie wykorzystała swoją wyprawę do miasteczka. Wróciła z taczką, mąką, ziołami, a nawet dwoma pojemnikami na nowe sadzonki.
Indianka woli wysiewać nasiona w pojemnikach, bo ma większą kontrolę nad nimi i widzi czy kiełkują. Gleby dla nich na razie nie ma skopanej i kopać nie ma zamiaru, bo to dynie i cukinie, które rzadko się sadzi, więc tylko pojedyncze dołki na podrośnięte sadzonki wykopie i w nie wsadzi sadzonki, gdy podrosną. Zanim je tam posadzi, najpierw chce glebę wyściółkować i użyźnić obornikiem, który i tak musi wywalić z obory.

Ad. 14. Metoda dwie pieczenie przy jednym ogniu
Powyższa czynność polegająca na wywożeniu obornika i użyźnianiu nim warzywnika zalicza się do tejże metody. Jednocześnie Indianka oczyszcza oborę i nawozi warzywnik. Dwa pożyteczne zadania są wykonywane za jednym zamachem.

Ad. 15. Metoda Efekt Motyla
Jeśli Indianka ma do wykonania kilka różnych zadań, w pierwszej kolejności wybiera to zadanie, które wywoła największy rezonans w jej życiu. Czyli np. jeśli ma do zmycia naczynia i nasiona do wysiania – wybiera siew nasion, gdyż posiane nasiona wykiełkują, urosną i zaowocują dając Indiance pożywienie. Im szybciej wysieje te nasiona, tym szybciej one wykiełkują i zaowocują.

Pochmurna sobota

Indianka wcale nie uważa, że pochmurna sobota, to brzydka sobota. Każda pogoda ma swój urok i cel. Dzięki braku prażącego słońca oraz dzięki wszechobecnej podeszczowej wilgoci, Indianka mogła wreszcie rozstawić przenośny pastuch w sadzie i wpuścić tam konie na wyżerkę. Konie, widząc Indianki manewry z polipropylenowymi tyczkami i elektrycznymi sznurkami, niecierpliwiły się przy bramce. Ledwo Indianka ustawiła jako tako pastuch, wpuściła na świeżą, zieloną i mokrą, bujną trawę spragnione konie. Konie zaczęły chrupać ochoczo trawkę, a Indianka kończyła rozstawiać, poprawiać i umacniać wybieg.

 

Następnie poprawiła ogrodzenie ich poprzedniego pastwiska, które konie już wygryzły, chociaż mogłyby tam jeszcze skrócić tu i ówdzie trawę. Na tym poprzednim pastwisku zostały sterczące ponad wygryzioną trawą osty i pokrzywy. Osty uwielbiają pasjami kozy, więc Indianka sprowadziła kozy na wyżerkę tych ostów. Natomiast pokrzywy trzeba będzie wykosić wykaszarką, bo ani kozy, ani konie ich nie zjedzą, a rosną w miejscu, gdzie Indianka chce posiać rzodkiewkę, sałatę i koperek.

 

Jedną z kóz, taką, co najlepiej wyjada trawę – Indianka ustawiła na poboczu przy wjeździe na gospodarstwo, aby zaoszczędzić sobie wykaszania wykaszarką. Koza ochoczo rzuciła się na trawę.

 

Indianka ma wreszcie upragnioną taczkę. Już ją wczoraj wypróbowała. Dobrze chodzi – lekko i jest zwrotna. Po deszczach narobiło się pod oborami błota, a podjazd pod jeden skwerek jest śliskie i ciężko na niego nawet z lekką taczką wjechać, poza tym Indianka ślizga się w swoich sandałach, więc postanowiła ubrać kalosze i w nich podziałać z taczką trochę.

 

Niestety, w kaloszach woda. Dach na strychu przecieka i jakoś naciekło wody do nich.  Trzeba było wodę wylać i odczekać teraz aż kalosze obeschną. Indianka nie cierpi wkładać nogi do oślizgłych kaloszy.

 

Natomiast te drugie, eleganckie kaloszki gdzieś się zawieruszyły. Indianka musi poszukać na strychu – może tam je znajdzie. W sandałach jest dziś za zimno i za mokro by chodzić po mokrej trawie i błocie. Już się przeziębiła i pociąga nosem...

 

Za to dzięki deszczowi, Indianka nie musi podlewać swoich sadzonek. Przynajmniej z tej strony ulga.

 

Na wzmocnienie czeka też pastuch przy sadzie północnym. Po deszczach, kołki które w upale nie udało się wbić głębiej – będzie można teraz wbić głęboko w ziemię, aby były bardziej stabilne.

 

Indianka jakaś taka senna, zmęczona. Jeśli uda się jej znaleźć suche kalosze – wywiezie chociaż kilka taczek obornika.

 

Najważniejsze, że konie i kozy zadowolone – jedzą, to co im smakuje najbardziej...

sobota, 11 czerwca 2011

Taczka

Indianką od świtu po podwórku targały dylematy - co zrobić: zapłacić
rachunek za prąd, a może za internet, a może kupić taczkę czy kupić coś do
jedzenia??? Decyzja była trudna, bo finans za krótki by starczyło na
wszystko, co niezbędne.

czwartek, 9 czerwca 2011

Magiczny deszcz

Nareszcie spadł cudowny, odświeżający deszcz zmieniając magicznie całą
naturę wokół.

Znikło gdzieś ostre Słońce, kolory nabrały głębi i połysku.

Deszcz nawilżył ziemię tym razem konkretniej. Podwórko powinno się
zazielenić po tym deszczu. Pojawiły się kałuże. Za 3 dni podwórko będzie
znowu zielone.

Indianka wywiozła kilka taczek obornika walcząc z bezsennością. Jakaś taka
przemęczona jest.

Za to deszcz ulżył jej w pracach ogrodowych - dziś nie musi podlewać roślin.
Także tyczki będzie można poprawić, gdy ziemia zmięknie.

Indianka zmokła troszkę. Deszcz pokręcił jej włosy. Weszła do domu i
spogląda przez okno na jasnozielone łąki, ciemnozielony las i niebo w
kolorze błękitu paryskiego...

Cudowna jest natura i cudownie żyć na jej łonie z dala od zgiełku i brudu
miejskiego...

Wokół spokój, cisza przetykana śpiewem ptaków... po podwórku kręcą się
koźlęta... liżą słoną lizawkę... Na łące w mokrej trawie pławią się konie...

Dzięki Ci Panie Boże za ten cudowny, ożywczy deszcz...

Wiosenne porządki i prace ogrodowe

Wiosenne porządki i prace ogrodowe z każdym dniem przeradzają się w letnie porządki i prace ogrodowe.

 

Z warzyw posianych w kwietniu na dworzu w gruncie nic nie wzeszło. Noce za zimne były. Wiele z tych roślin posianych w domu w pojemnikach nie wzeszło lub padło – do końca nie wiadomo dlaczego. Może za zimno, może za bogata ziemia, może za dużo nawozu... A może z nasionami coś nie tak?

 

Tak czy inaczej – na razie Indianka nie ma żadnych warzyw do jedzenia. Warzywa ma tylko wysiane w pojemnikach, w których się hartują na dworze. Jeszcze są za małe by je wysadzać do gruntu, poza tym ziemię trzeba skopać, a to nie będzie łatwe, bo gleba sucha i twarda, spieczona przez Słońce. Tylko tam, gdzie Indianka wcześniej kopała można by było coś posiać, ale na razie tam konie chodzą i wygryzają trawę wokół, więc nie ma co się tam z sianiem warzyw pchać. Kopanie jest męczące i pracochłonne, więc Indianka wysiewa kolejne warzywa w pojemnikach – bo szybciej i łatwiej i ma się lepszą kontrolę nad wschodami.

Dzięki pojemnikom może wysiać więcej roślin i narobić rozsadę, którą wysadzi do gleby, gdy rozsada podrośnie i ziemię dla niej przekopie. Więc rosną w pojemnikach siewki ogórków, dyń, cukinii... Do gruntu wysiała przy ogrodzeniu trochę fasoli i bobu, groszek.

No, ale nadal trzeba się natrudzić sporo przy odchwaszczaniu kolejnego kawałka ziemi, zanim się tam cokolwiek posieje. Pomalutku wysianych nasion przybywa.

 

Konie wygryzły trawę w miejscu zaplanowanego ogródka, ale pokrzyw nie ruszyły, więc trzeba będzie je wykaszarką wykosić, albo wyrwać ręcznie. Indianka ma nadzieję, że może konie choć te pokrzywy trochę sponiewierają, póki ona zajęta siewem warzyw w pojemnikach i donicach i przerabianiem pastucha dla koni...

 

Ten deszczyk co pokropił ostatnio – za słaby się okazał. Ziemia nadal bardzo sucha i zbita. Twarda jak skorupa. Ziemia w pojemnika błyskawicznie wysycha – trzeba codziennie podlewać dwa razy rano i wieczorem i to ostrożnie, by nie wypłukać nasion.

 

Wczoraj Indianka ogrodziła pastuchem część sadu. Szpilki nie daje się w ziemię wbić, a co dopiero szpadel, a tam Indianka chce wkopać kilka drzewek. Oj, przydałby się ten deszcz...

Taki konkretny...

 

Ale – nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Ziemia sucha więc brak błota przed oborami – łatwiej wywozić obornik z koziarni i stajni i ściółkować nim ziemię w ogródku. Zarówno ogórki jak i dynie lubią ziemię po oborniku.

 

Taczka ogrodowa rozwaliła się, a ta budowlana bardzo ciężka i niewygodna jest, no ale nią Indianka trochę obornika wywiozła i stara się wywozić codziennie po kilka taczek i tym obornikiem wyrównywać nierówności gleby w ogródkach przydomowych. Gdy skończy ściółkowanie suchej gleby – rośliny w pojemnikach powinny być na tyle duże, że będą nadawały się do wysadzenia w grunt. Trzeba będzie w obornikowej ściółce zrobić dołki w ten sposób, aby wysadzane rośliny nie dotykały bezpośrednio obornika, coby ich nie popalił.

 

Obornik w oborach suchy lub mocno podeschnięty jest, więc lekki do ładowania i wywożenia. Tylko ta taczka taka ciężka sama w sobie, a z ładunkiem jeszcze bardziej...

No, ale metodą małych kroczków czyli wywożąc po kilka taczek dziennie zrobi się porządek zarówno w oborach jak i wyściółkuje ziemię w ogródkach pod ogórki i dynie...

 

Ciekawe czy coś w tym roku urośnie?

 

Poza ściółkowaniem czeka Indiankę uszczelnianie ogrodzenia ogródka, aby kozy nie dostały się do środka i nie zjadły warzyw. Te wszystkie zabiegi zajmują czas. Indianka cały dzień pracuje siejąc nasiona, podlewając rośliny, wywożąc obornik, przestawiając i poprawiając pastuch elektryczny. Od rana do wieczora. W dużym upale, gdy nie można wytrzymać w Słońcu, Indianka wchodzi do chłodniejszej obory i ładuje taczkę obornikiem. Potem ją wywozi szybko do ogródka i następnie ucieka z powrotem do obory naładować kolejną.

 

Ponadto chodząc po siedlisku zbiera kawałki szkieł, patyki, sznurki, folie. Szkła były wyzbierane z powierzchni po poprzednich gospodarzach, ale konie biegając wykopały z głębszych warstw ziemi kolejne szkła, które trzeba znowu wyzbierać. Indianka dzięki takim szkłom, patykom i sznurkom po kostkach siana robi dziennie z setkę skłonów, a że kręgosłup doskwiera, więc to nie jest przyjemna czynność. Raczej męcząca i dokuczliwa.

Lepiej wyzbierać szkła niż potem wyciągać je z kopyt i łap, albo swojej własnej stopy.

 

Dzięki takim drobnym zabiegom, porządek na siedlisku i wokół niego rośnie. Coraz mniej patyków, szkieł, sznurków. Coraz czyściej. Indianka sprząta ziemię mimochodem, bo ma inne zajęcia pilne do zrobienia, poza tym gdy się specjalnie idzie by wyzbierać szkła – to nie można ich znaleźć. Widać je tylko pod kątem, gdy pada na nie Słońce. Wtedy gdy Indiance kawałek szkła błyska, pochyla się i zbiera co leży w piachu.

 

A propos drzewek i krzewów owocowych – Indianka chętnie przyjmie takowe jesienią – teraz za sucho by kopać w ziemi... Co najwyżej kilka sadzonek teraz można by jeszcze wkopać. Indianka narobiła sztobrów ałyczy i próbuje je ukorzenić. Również narobiła sztobrów agrestu i zaraz go posadzi...

 

Ktoś radził, aby drzewka szczepić. Indianka ściągnęła instrukcję, jak to zrobić, ale nie ma podkładek gotowych do szczepienia. Poza tym wymogi unijne wymagają sadzonek drzewek o wysokości minimum 80cm. No, ale nauka szczepienia w planach. Teoria już jest ściągnięta. Na następną wiosnę nauczy się szczepić drzewka.

 

Indianka myśli o posadzeniu drzew owocowych wysokopiennych, tradycyjnych. Jeśli ktoś ma takie siewki, to chętnie je przyjmie – nawet teraz – zadołowałaby je i na jesieni by je wkopała na ich stanowiska.

 

Pastwisko koni wypasione – susza, trawa nie odrasta. Na szczęście urosła trawa w sadzie i Indianka tam wpuści konie lada dzień – niech jeszcze popracują pod oborą, na tym kawałku co ma być ogródek kopany.

 

Poza pracami ogrodowymi i gospodarskimi, Indianka ma też stertę korespondencji do przerobienia. Ta korespondencja jest trudna i zajmuje wiele czasu oraz wymaga wiedzy prawniczej, której Indianka nie posiada i musi wynajdować ją w internecie, który chodzi tutaj baaaaardzo wooooolnooooo... i znalezienie czegokolwiek w necie zajmuje wieki i doprowadza do szewskiej pasji...

 

Tak oto dzieląc obowiązki gospodarsko-ogrodowo-papierowe Indianka sobie tutaj ładnie radzi...

 

Nikt do pomocy przy remoncie się nie zgłosił – lato, szczyt budowlany i prawdziwi fachowcy którzy chcą pracować mają pełne ręce roboty, więc szanse na remont domu niewielkie.

 

Gdyby Indianka nie miała tyle obowiązków gospodarskich i papierowych, to by się sama zabrała za ten remont i zrobiła ile da rady własnym sumptem. No, ale na razie ma pełne ręce roboty w zagrodzie, więc nawet nie próbuje nic robić w domu...