niedziela, 29 listopada 2009

Kmiecie som :))))))

Wiją se gniazdko w moim pokoiku jeździeckim...

sobota, 28 listopada 2009

Jadą kmiecie

Indianka ledwo żywa z niewyspania z powodu opracowywania dokumentacji rolniczej do drugiej w nocy oraz jednoczesnego nadzorowania sprawnego i płynnego dojazdu kmieciów i artykułów spożywczych na Rancho, a tu trzeba wstać i psy uwiązać, zrobić miejsce kmieciom w pokoiku... O jakże Indianka śpiąca i zmęczona...


Taryfiarz wprawdzie dowiózł kmieciów na miejsce, ale naciągnął ich na kursie i rąbnął 4kg mąki... Chciwość ludzka nie zna granic... żeby bogacz okradał biednych ludzi... ohyda!

piątek, 27 listopada 2009

Rejestr paszowy

Indianka opracowała na komputerze rejestr paszowy jej gospodarstwa. Blee... ma dość. Jakie to nudne... No, ale już jest gotowe. Jutro jeszcze przejrzy świeżym okiem, bo jak ktoś w jakichś dokumentach za długo siedzi, to często umykają mu oczywiste nieścisłości i braki. Aby wyłapać ewentualne błędy, potrzebny dystans, świeże spojrzenie.

Rejestr Działalności Rolnośrodowiskowej

Dziś Indianka uzupełnia Rejestr Działalności Rolnośrodowiskowej swojego gospodarstwa. Najgorzej to zabrać się za te papiery. Potem to już leci z górki.

środa, 25 listopada 2009

Umowa

Indiankę odwiedził dostawca ekologicznych płodów rolnych. Omówili sporządzoną przez Indiankę umowę i dograli szczegóły. Niebawem dostawa.
 

wtorek, 24 listopada 2009

A dzisiaj pada

Pada i wieje. I to jak! Indianka miała szczere chęci aby wyjść na pole i posadzić drzewek trochę, ale w tej grypotwórczej pogodzie zostanie w domu i zajmie się papierami.
 
Trzeba w końcu ogarnąć te papiery i do końca uporządkować, zwłaszcza, że niebawem przyjadą goście i trzeba będzie im zwolnić pokoik w którym aktualnie znajduje się biuro Ranch’a.
 
Wczoraj był piękny dzień – idealny na sadzenie drzewek, ale Indianka niewiele podziałała w tej kwestii, niemniej jednak coś niecoś. Były też inne rzeczy do zrobienia, więc na większą aktywność w sadzie mało czasu pozostało.
 
O Jezuu jaki upiorny deszcz...
 
Przestało lać. Indianka zrobiła obchód swoich włości. Przyjrzała się dokładnie krowom, próbując zgadnąć czy może jednak Bernadetta jest cielna. Krowa ma dużą masę. Jest wyraźnie większa niż kilka miesięcy temu, ale czy jest cielna?
 
Indianka wróciła do domu i rozpaliła w piecu. Pora na pranie i ugotowanie porządnego obiadu. Trzeba też zająć się roślinami. Dwie zakwitły i wygląda na to, że tym razem będą nasiona i to niezwykle dużo nasion.  

niedziela, 22 listopada 2009

Wyprawianie surowej skóry

Indianka głowi się, jak wyprawić surową skórę. W okolicy nie ma garbarni i trzeba samemu kombinować.


Pożyteczne linki:
Wyprawa skóry z pozbawieniem futra:

sobota, 21 listopada 2009

Tłusta krowa

Indianka przebimbała dziś prawie cały dzień przed komputerem w oczekiwaniu na kupca co miał chęć na jej tłustą krowę simentalkę Bernadettę, który miał „zaraz być”. Nie pokazał się ani „zaraz” ani wcale, ale Indianka się nie zmartwiła, bo ma innego kupca co da dwa razy tyle co tamten oferował, tyle że nie za jednym razem, lecz w dłuższym okresie czasu. Poza tym niebawem na Rancho zawita parka do pomocy, więc Indianka będzie musiała ją wykarmić. Jeśli krowa nie jest cielna - pójdzie do rzeźni, a jeśli jest - to będzie cielak i jeśli byczek – to on trafi do rzeźni i Indianka będzie miała full mięsa pierwsza klasa własnego, ekologicznego chowu.


Krowa simentalka Bernadetta ze swoim cielątkiem byczkiem rasy jersey (po amerykańskim byku uznanym reproduktorze rasy jersey) rok temu tuż po porodzie.
Ten byczek był tak śliczny i szlachetny, że miał zostać na rancho i służyć do hodowli.
Niestety, Indiance zabrakło gotówki do spłacenia usługodawcy od prac polowych i z ciężkim sercem dała odchowanego rocznego byka usługodawcy za te usługi. 
 
Natomiast krowa rasy NCB (rasa mleczna polska nizinna czarno-biała) Hiacynta na bank jest cielna – pękata jak mańka-wstańka. Nawet kolebie się niczym mańka-wstańka. Zainseminowana nasieniem mlecznego simentala (są dwie odmiany simentala: są simentale mięsne oraz simentale mleczne) na przełomie roku będzie się cielić i trzeba będzie dokupić cielaka do chowu, bo bardzo mleczna jest, więc trza to wykorzystać i odpoić co najmniej jeszcze jednego cielaka. Ba, dobrze by było dokupić kilka cieląt i odpajać je. Dużo trawy w sadzie – będzie bydło miało co żreć. Kóz tam na pewno nie wpuszczę. Trzeba się rozejrzeć za jakimś rzetelnym dostawcą cieląt co to nie tylko cielaka będzie miał na sprzedaż, ale i będzie umiał go dostarczyć na Rancho.

Może i by świnki zahodować? Taki porządny wybieg zrobiony to trzeba to wykorzystać. Indianka nie ma zamiaru trzymać świnek wiosną i latem w ciemnym chlewie, lecz wystawić na działanie słoneczka coby szczęśliwsze i zdrowsze były. A świnki zryją ładnie glebę przy chlewie i będzie można tam jakie warzywo posiać... Najbardziej ekologiczna z możliwych upraw ziemi - uprawa gleby ryjem wieprza ;)))))))) Pasożyty wyżre, trawę i korzonki oraz dobrze ziemię spulchni... Same plusy... Pomysł prosty i genialny w swej prostocie... ;)))

piątek, 20 listopada 2009

Pszenica

Wczoraj po południu udało się Indiance zdobyć 200kg pszenicy dla kur. No nareszcie. Nareszcie kury mają odpowiednią karmę i pewnie za jakie dwa tygodnie można się spodziewać od nich jajek. Indianka znalazła porządnego dostawcę pszenicy w okolicy. Ma on dużo pszenicy i jest chętny by przywieźć, więc będzie mogła u niego częściej kupować. Co ważne, sprzedaje nieco taniej niż inni od których wcześniej kupowała, co Indiance oczywiście odpowiada. 45zł/100kg to i tak niemało przy tegorocznym nadmiarze zbóż na rynku. Rolnik od zboża był na tyle miły, że po drodze kupił Indiance 3 lizawki, które to ciężkie są i ich przywiezienie było dla Indianki problemem. Jedna lizawka waży 10kg. Indianka mogłaby przywieźć rowerem, ale jest zapracowana i przemęczona, więc nie było okazji na to. Gdyby nie kradzież koziołka, byłby to bardzo udany dzień...

Drobne Zakupy - małe, a cieszy

Wczoraj Indianka poczyniła drobne, acz użyteczne zakupy. W ulubionej ciuchbudzie zakupiła 3 pary wygodnych spodni oraz równie wygodny plecaczek, który owe zakupy chętnie pomieścił. Spodnie to zakup niezbędny – stare spodnie podarte, przetarte – Indianka już nie miała w czym chodzić po gospodarstwie i po domu. Kupiła więc jedną wygodną parę spodni do chodzenia po domu, jedną do pracy na pole, i jedną do miasta.
Miła, znajoma pani ze sklepu opuściła cenę spodni o połowę, tym radośniej Indianka je nabyła.



Potem udała się na poszukiwania bamboszy, skarpet i ciepłej czapy z uszami. Czapy nie znalazła, prawdziwych ciepłych bamboszy także nie, ale za to dostała ciepłe, wygodne kapcie i puszyste skarpety do nich. W jednej z Biedronek akurat wyłożono nową, tańszą karmę dla kotów, więc Indianka ją skrzętnie zakupiła, bo kiciusie potrzebują zbilansowanego pożywienia, a w tej karmie są wszystkie niezbędne do prawidłowego wzrostu mikroelementy. 


W drugiej Biedronce dosłownie cudem znalazła ostre nożyczki. Jedna para leżała zapomniana na regale. Ta jedna para wystarczyła by uszczęśliwić Indiankę. Indianka od dłuższego czasu cierpiała z powodu braku ostrych nożyc. Kupiła takie wprawdzie rok wcześniej, ale przepadły wiosną podczas kopania dołków pod drzewka przy wyznaczaniu rzędów i dołków. Nowe nożyczki posiadają rękojeść w kolorze pomarańczowym to jest w kolorze jaki ostatnio jakoś się do Indianki przykleił. Kiedyś nie cierpiała tego koloru. Obecnie jakoś miło się jej na niego spogląda i dziwnym trafem Indianka ma już nieco gadżetów w tym kolorze. Zestawia go z ulubionym seledynem. Seledyn i pomarańcz wyglądają tak pogodnie. W Biedronce także uwagę Indianki przykuł śliczny, pluszowy pomarańczowy tygrysek. Niestety, Indianka spłukała się już i nie była w stanie go nabyć. Za ostatnie grosze kupiła dwa kilo mąki na chlebek. Wróciła trzema okazjami, ale nóżki i tak bolały, bo nieopatrznie buty jakieś niewygodne założyła na tę wyprawę do miasta.

Romeo i Julia

Do Indianki o pomoc zwróciła się młoda, zakochana para z bieszczadzkiej wioski. Indianka łaskawie użyczy gościny młodej parze, a para w zamian za gościnę pomoże Indiance na Rancho.

Zniknął koziołek

Indianka udała się wczoraj opłacić rachunki do Olecka. Po powrocie okazało się, że nie ma małego, białego, bezrożnego koziołka, który był uwiązany tuż przy samym domu. Błąd, że uwiązała psy przed wyjazdem. Było spuścić. No, już więcej tego błędu nie popełni. Koziołka zabrał złodziej z sąsiedztwa, który widział jak Indianka wyjeżdża z gospodarstwa. Ohydne to, ale takie tu środowisko. Indianka, gdy się tu przeprowadzała 7 lat temu, nie miała pojęcia w jakie bagno się wpakowała. To nie Beverly Hills ni Wisteria Lane. Tu dziki wschód. Trzeba mieć oczy dookoła głowy i gospodarstwa z oka nie spuszczać nawet na godzinę. Za dużo tu hołoty chętnej wyciągać łapska po nie swoje.

wtorek, 17 listopada 2009

Złodzieje

Indianka tak ciężko haruje przy sadzeniu drzewek, całymi dniami do upadłego, do utraty sił... Wykosztowała się na sadzonki, nikt jej z miejscowych wieśniaków nie pomaga, chociaż wielu z łapami szerokimi jak łopaty zachłannie ręce po zasiłki wyciąga i za friko pobiera i pierdzi w domu przed telewizorami nie zhańbiwszy się w życiu uczciwą pracą, ale za to znalazła się taka kanalia co wyrwała Indiance kilkanaście drzewek. Ostatni gnój bez sumienia. śmieć parszywy. Zamknąć takich w getto, otoczyć murem i drutem kolczastym i nie wypuszczać na wieś, bo się tacy do życia nie nadają. Łachudry nic nie warte. Społeczne pasożyty.  
 
Kilka dni temu kundel wieśniaka zagryzł Indiance kozę. Łachudra nie przeprosił i nie zapłacił za szkodę. Nikt nie pilnuje swoich psów w tej gminie. Pełna, niekontrolowana samowola. Tylko Indianka ma psy uwiązane. Ale za dużo tych szkód. Indianka z tym zrobi porządek. Od dawna Indianka psów nie spuszczała. Od dzisiaj psy będą spuszczane. Niech bronią kóz i sadu. Niech gonią cudze psy, a złodziei niech łapią i gryzą w dupę. A jeśli szabrownik wpadnie w wilczy dół i giry połamie, a moje psy mu mordę rozszarpią to na jego odpowiedzialność. Moje Rancho to teren prywatny i obcym wstęp wzbroniony.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Working working...

Indianeczka posadziła circa about 30 kolejnych drzewek. Kocięta towarzyszyły. Biszkopt na ramieniu... ;))) Kopało się jako tako. Ziemia dość mokra, lepiła się do szpadla i ciężka była, więc Indianka skupiła się na tych dołkach, do których nie trzeba było nosić czarnej ziemi.

Do pracy rodacy!

Wstał mglisty dzień, a wraz z nim wstała radosna Isabelle :D
No, Indianka wymyśliła, jak tu zabezpieczyć swe rancho przed intruzami. Znalazła na Allegro odpowiednią siatkę w przyzwoitej cenie. Zastanawia się jeszcze nad gęstością oczek, bo u dołu powinna ta siatka być bardzo gęsta, aby zając ni kuna nie przeszła. 10 x 30cm to chyba za duże oczka – może się zając przecisnąć, a kuna na pewno. Kuny mordują kury. Ale jest wyjście – zrobić kurom szczelne wybiegi przy domu i kuna nie dopadnie drobiu. A sad zabezpieczyć siatką tą tanią, bo to dużo metrów potrzeba to i koszt znaczny. Kuna w sadzie pożyteczna by była – wyżerałaby gryzonie. Natomiast zające występują tutaj w ogromnych ilościach i trzeba koniecznie przed nimi się zabezpieczyć. Indianka kupiłaby gęściejszą siatkę, aby mieć pewność, że zające nie będą się wdzierały do sadu, ale te gęste są prawie dwa razy droższe, więc kupi tę najtańszą, a potem ewentualnie przeplecie dodatkowe druty u dołu by zagęścić siatkę przed zającami, jeśli ta siatka o oczkach 10 x 30cm nie zda egzaminu. Jest szansa, że prąd da to, że zające nie będą się pchały, mimo, że oczka ciut przy duże. Za to ni dzik ni pies nie przedostanie się do środka. Takoż jeleń, sarna jak i cudza krowa. Jak tylko Indianka dostanie jakieś dopłaty kupi tę siatkę, powiesi na drzewach od strony lasu i włączy prąd. Potem na innych odcinkach trzeba będzie wkopać kołki i dokupić siatki. Ale to stopniowo, bo kasy na to wszystko nie starczy. Te dopłaty są za małe by sfinansować ogrodzenie całego gospodarstwa, więc trzeba to robić stopniowo. Poza tym Indianka ma dom do remontu i potrzebę środka transportu, maszyn rolniczych i tysiąc innych elementarnych potrzeb, więc nie może całych dopłat wydać jedynie na ogrodzenie. Są inne pilne potrzeby. Trzeba jakoś mądrze tymi mikrymi dopłatami zarządzać, by starczyło chociaż na to co naprawdę konieczne i niezbędne. I tak nie starczy, bo są za małe, więc trzeba będzie z czegoś zrezygnować. Pewnie znowu z samochodu... :(

niedziela, 15 listopada 2009

Listopadowy Weekend

Minął środkowolistopadowy weekend. Wczoraj i dziś Indianka posadziła ok. 50 drzewek, może więcej... Straciła rachubę. Była skoncentrowana na kopaniu, na posadzeniu jak największej liczby sadzonek.

Aura sprzyja sadzeniu – nie za zimno, nie za ciepło, nie za mokro. Chociaż wczoraj deszcz wypłoszył Indiankę z pola. Mokre rękawice i kurtka, lepiąca się do butów i szpadla ziemia, nieprzyjemne podmuchy wiatru - utrudniały pracę. Dziś było korzystniej – ziemia nie tak mokra, no i dzisiejsze obuwie lepiej dostosowane do mokrej gleby czyli kalosze ułatwiły poruszanie się po polu. Oby jak najdłużej było powyżej zera, bo dużo pracy przed Indianką... Wymagana ilość sadzonek posadzona, ale to co zostało też musi być posadzone by się nie zmarnowało, więc Indianka zawzięcie sadzi. Jednak był to weekend, więc wyspała się chociaż do syta...


Na polu Indiance towarzyszyły sympatyczne kociaki – pierwsze i bardzo udane kocięta kotki Kreski... Jedno z kociąt - biszkoptowej barwy Biszkopt - po nogawkach spodni wspiął się pod kurtkę Indianki i przykleił się do pleców swetra mrucząc niezwykle czule i rozkosznie... :)))))) Indianka z kociakiem na plecach, a potem w miarę tego jak się przemieszczał - na ramieniu, kopała dalej, aż zaczęło padać. Wtedy pozostałe kocięta błyskawicznie wspięły się pod kurtkę i na plecach Indianki zostały wytransportowane na ganek... :) Kochane, urocze kocięta o ciepłych, maleńkich żywuszczych ciałkach... Jakież słodkie są... :)

piątek, 13 listopada 2009

Minimalna ilość sadzonek jest

Indianka wczoraj pojechała PKSem do miasteczka. Koszt przejazdu w obie strony: 18zł. Indianka nie jest zachwycona. Za te 18zł mogłaby kupić 18kg niezbędnej na jej rancho zimą mąki. No, ale trudno. Trzeba było pewne dokumenty tam złożyć i dowiedzieć się, co z tymi reklamowanymi w prasie i internecie dopłatami.
Nic nie wiadomo, kiedy zostaną naliczone przez Warszawę. Nie wiadomo, kiedy będą wypłacane. Niedobrze. Indianka musi kupić siano i słomę, zapłacić za certyfikat ekologiczny, zrobić zapasy na zimę i nie ma za co.
 
Jedna pozytywna rzecz: rozporządzenie określające minimalną ilość drzewek na hektarze. Okazuje się, że Indianka posadziła więcej drzewek niż jest wymagane. To super. No, ale i tak musi wszystko co kupiła dosadzić przed zimą, więc nadal dużo pracy niestety.
 
Teraz nikt Indiance nie pomaga, ale są też tego plusy. Mniej jadła ubywa i Indianka nie musi stać cały dzień przy garach. Poza tym gotuje wieczorami, bo dnia szkoda na to. W dzień trzeba zajmować się zwierzętami, rąbać drewno na opał, sadzić drzewka. Dużo roboty, która pochłania mnóstwo dziennego czasu. Dni krótkie. Trzeba za dnia działać na dworze. Wieczory to zajmowanie się domem: gotowanie, pranie, zmywanie, smażenie konfitur, pieczenie chleba i oglądanie TV.
 
Ponieważ była piechotą, zrobiła tylko lekkie zakupy w Biedronce. Kupiła ładne, niedrogie kosze na pranie, środki higieny osobistej i tylko jeden 3litrowy olej i 2kg mąki. Mało. No, ale gabaryty zakupów były duże.
a... udało się też dostać nowe kalosze. Indianka co roku musi kupować dwie pary kaloszy, bo się szybko niszczą. Przeważnie dziurawią się nie wiadomo na czym. Teraz ma w czym iść na pole. Gumowce mają wadę – są zimne.
Indianka miała nadzieję kupić ciepłe, wełniane skarpety, także futerkowe kapcie do chodzenia po zimnym domu, czapkę z uszami, rękawice robocze – no ale nie było. Myślała też o kupnie ciepłej, wodoodpornej kurtki do pracy na pole – w ciuchbudzie, ale była za późno w miasteczku, by do ciuchbudy zajść. No, ale chociaż gumowce szczelne teraz ma. Poprzednie parszywie przemakają doprowadzając Indiankę do przeziębień.
 
Szczelne gumowce to podstawa. Teraz Indianka może iść na pole pracować. Jakieś stare porwane rękawice powinny się jeszcze znaleźć. Także stare wyprane skarpety się suszą.

środa, 11 listopada 2009

Chrzest Bojowy

Znowu pies miejscowego wieśniaka zagryzł Indiance kozę. Ten, którego pies to zrobił – dobrze o tym wie. Jego kundel ma zakrwawiony pysk i łapy. Właściciel psa powinien przeprosić i dać zadośćuczynienie za spowodowaną szkodę, jeśli jest porządnym człowiekiem, a nie zwykłą łachudrą.


To nie pierwszy raz, że psy okolicznych wieśniaków rzucają się na kozy. Gmina nic w tej sprawie nie robi, policja też nie. Wręcz przeciwnie – niektórzy policjanci podjudzają do szczucia. W zeszłym roku psy innego wieśniaka rzuciły się na kozy Indianki. Mimo, że wieśniak przyznał się, że szczuł swoimi psami kozy, skorumpowany poprzedni dzielnicowy umorzył śledztwo, bo ten wieśniak co szczuł to jego kolega, więc go krył.


Poprzedni dzielnicowy tak zmanipulował dowody i zeznania, że także lokalny sąd umorzył śledztwo. Indianka się odwołała od tej decyzji sądu, ale sprawę wznowiono dopiero aż w Olsztynie do którego nie mogła pojechać, więc nie mogła uczestniczyć w tej sprawie i skutecznie bronić swoich racji. Wieśniakowi jego przestępstwo uszło na sucho. Mało tego. Wieśniakowi to nie wystarczyło. Z zemsty założył Indiance sprawę i przy pomocy kłamliwych zeznań fałszywych świadków wygrał sprawę, w której Indiance zarzucał, że jej kozy rzekomo zjadły mu kukurydzę, której to dawno na polu już nie miał w dniu, w którym kozy rzekomo mu ją zjadły.


Kozy weszły na jego pole, ale nie spowodowały strat, bo tam nic już nie było – było dawno po żniwach, nic nie rosło, także trawa była wyżarta do cna przez jego własne krowy, więc nie było podstawy do takiego orzeczenia jakie wydał sąd.


Natomiast tego dnia ten wieśniak celowo i złośliwie poszczuł swoimi psami te kozy w wyniku czego ucierpiały – były poszarpane, pogryzione, pokaleczone co widział ówczesny dzielnicowy, który na rozprawie kłamał, że żadnych kóz pogryzionych nie widział, mimo, że Indianka kazała mu się przyjrzeć dokładnie pogryzionym kozom, co przy niej zrobił, a on sam w swoim notatniku odnotował ten fakt, że był na interwencji i przesłuchiwał żonę wieśniaka, która to żona przyznała, że ich psy pogryzły kozy Indianki.


Niestety, dzielnicowy wbrew swoim własnym notatkom z interwencji w sądzie kłamał, że jego w ogóle na interwencji nie było. Także kłamał, że żadnych wcześniej skarg na atakujące kozy psy nie było, mimo, że sam sporządził kilka lat temu protokół z zajścia, w którym na pastwisku Indianki zostało zagryzione 8 jej kóz przez hordę wałęsających się psów okolicznych wieśniaków. Ten sam cwany dzielnicowy odradził Indiance wezwanie weterynarza na świadka pogryzienia kóz przez psy w zeszłym roku. W wyniku tych wszystkich szachrajstw – Indianka została skrzywdzona przez sąd.


Jedno pocieszające w tym wszystkim jest to, że ten krętacz nie jest już dzielnicowym w tej gminie. Komenda Policji umiała prawidłowo zareagować w tej kwestii. Teraz jest nowy dzielnicowy, miejmy nadzieję, że uczciwszy.


I wczoraj znowu kolejny atak na jej zwierzęta. To jest ostatni atak, który ujdzie bezkarnie właścicielowi psa. Tym razem Indianka zajścia nie zgłosi na policję. Niech jednak wieśniaki wiedzą, że kolejny taki atak na jej zwierzęta będzie miał dla właściciela psa kosztowne konsekwencje. Jeśli zdarzy się jeszcze raz taki wypadek, Indianka na głowie stanie, by ustalić dokładnie czyj to był pies i sprawę doprowadzi do końca, tak, by właściciel odpowiedział przed sądem za swojego psa i wypłacił Indiance odszkodowanie za poniesioną stratę.


Wczoraj Indianka zauważyła cudzego psa ujadającego na jej polu. Udała się tam szybko. Na miejscu znalazła młodą kózkę z przegryzionym gardłem. Cudzy pies przeciągnął kozę przez jej pole kilkadziesiąt metrów w stronę zachodniej miedzy. Jeszcze mrugała oczyma i oddychała, ale miała przegryzioną tętnicę i była wykrwawiona. Dogorywała. Indianka pogłaskała zakrwawione futerko kózki przemawiając do zwierzęcia czule. Nie było ratunku dla zwierzątka. Męczyło się w oczekiwaniu na śmierć. Całą głowę i szyję kózka miała we krwi. Nie było wyjścia – trzeba było śmiertelnie ranne zwierzę dobić. To nie jest damska robota. To nie jest przyjemna zadanie, ale Indianka jest sama i musi polegać wyłącznie na sobie. Musi dawać radę sama. Musi być dzielna.


Z ciężkim sercem poszła do domu po nóż, siekierę i taczkę. Przyszła z tym wszystkim na pole do kozy, ale ciężko jej było dobić patrzącą na nią kozę. Pomyślała, że może poczeka, aż koza sama skona. Jednak to mogło trwać godziny – godziny niepotrzebnego cierpienia. No i ten krwawy kundel mógł wrócić i dalej kózkę szarpać. Nie było wyjścia – trzeba było skrócić niepotrzebne cierpienie zwierzęcia - kózka i tak nie miała szans na przeżycie.


Najlepiej byłoby to zrobić nożem, ale to oznaczało wzięcie w jedną rękę szyi zwierzęcia, na co Indianka nie mogła się zdobyć. Wahała się. Im dłużej się zastanawiała, tym było gorzej. W końcu starając się nie myśleć co musi zrobić, porwała siekierę i przecięła do końca przegryzione gardło nie patrząc w oczy kozy. Koza wierzgnęła nogami, ale to były już pośmiertne skurcze. Głowa była odrąbana. Indianka zauważyła, że nogi też miała pogryzione. Widać pies atakował wpierw nogi, a potem przegryzł gardło.


Najgorszy był sam moment dobicia, gdy zwierzę było jeszcze świadome. Po śmierci zwierzęcia, jego ciało było już tylko mięsem. Indianka nie namyślając się długo, wzięła ostry nóż i zdjęła skórę z ciepłego jeszcze ciała. Mogła to zrobić lepiej niż zrobiła, ale nie miała wcale ochoty tego robić, więc zrobiła to jak najszybciej się dało, byle mieć to za sobą. Ciepłe mięso parowało. Zdjęła skórę, wybebeszyła bebechy, podzieliła mięso na ćwierci. To co nadawało się do jedzenia zabrała na taczkę i powlokła się z tym wszystkim pod dom. Tam płucka oddała kotce, serce i wątrobę wzięła sobie, a resztą mięsa nakarmiła swoje psy. Niewiele tego było.


Zmęczona psychicznie i fizycznie całym procederem udała się do domu. Przebrała się, umyła i poszła spać.

To był dla niej niezwykły chrzest bojowy. Musiała samodzielnie dobić kozę i ją spreparować. Po raz pierwszy w życiu zrobiła to całkiem sama. Nigdy wcześniej nie zabijała,  ani nie dobijała zwierząt. Owszem, widziała jak to inni robią, zmuszała się do patrzenia, by się oswoić z widokiem śmierci. Pomagała ściągać skórę i wybebeszać bebechy, dzielić mięso na ćwierci, ale nigdy nie musiała zabić lub dobić żadnego zwierzęcia. Nie wie, czy dałaby radę przełamać się i samodzielnie zabić zdrowe, pełne życia i energii zwierzę. Co innego ranne. Co innego dogorywające. Takiemu trzeba pomóc. Ale w przyszłości będzie musiała to robić, by mieć co jeść. Jeszcze nie jest na to gotowa, ale po tym doświadczeniu z kozą, na pewno będzie jej łatwiej przemóc się.


Samodzielne dobicie kozy i jej spreparowanie to przełom. Dopiero teraz może powiedzieć, że stała się prawdziwą Indianką. Od tej pory będzie jej już łatwiej ubijać zwierzęta. Na początek będą to drobne zwierzęta – kury, króliki. Jednak wcześniej czy później trzeba będzie się nauczyć zabijać koziołki. Jest to trudniejsze, ale widziała jak to się robi i wie jak się do tego zabrać by poszło to sprawnie i by zwierzę niepotrzebnie nie cierpiało długo.



W weekend Indianka czuła się źle. Bardzo źle. Bolały ją nerki, jajniki, głowa, brzuch. Ogólnie się czuła okropnie. Przemogła się i poszła na jabłka. Przytargała całą wannę jabłek. Kwaśna odmiana, ale na szarlotkę, ocet, kompot i herbatę się nada. Czeka ją robota na cały tydzień, z tym, że tylko na wieczory, bo dnie są zarezerwowane dla zwierząt i drzewek. Trzeba doglądać zwierzynę i dosadzić drzewek.


Rano, gdy budzi się – bolą ją mięśnie. Bolą dłonie, ręce, ramiona, nogi. Indianka ciężko fizycznie pracuje, by sprostać licznym zadaniom. Stara się być dzielna i nie poddawać. Kiedyś będzie jej lżej – póki co, jest to naprawdę ciężka praca ponad siły kobiece.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Miałam sen

Przyśniło mi się, że miałam prowadzić zajęcia z języka angielskiego w jakiejś dużej szkole.
Były to dwie małe grupki studentów – jedna grupka to Polacy, a druga, trochę większa – Francuzi.



Klasy były niechlujne jak to w szkołach publicznych są z porozstawianymi krzywo stołami i krzesłami, na korytarzu harmider niesamowity jak w ulu. Pomyślałam, że jeśli w klasie po dzwonku będzie taki wrzask jak na korytarzu, to ja w takich warunkach swego głosu zdzierać nie będę. Niech się inni użerają z bachorami, skoro ich tak rozpuścili przez pierwsze lata podstawówki.


Pokazano mi przecudny widok z okna pokoju jaki mi przydzielono, z którego widać było przepiękny ogród ze wspaniałym, kwitnącym drzewem magnolii czy tulipanowca. Zachwycił mnie ten widok.


Moi uczniowie okazali się starszą młodzieżą. Wyglądali na zrównoważonych, nieco znudzonych, ale w miarę zainteresowanych nauką studentów, więc postanowiłam zaryzykować i podjąć ich naukę. 


Kazałam się obu grupom połączyć w jednej sali. Było to około 15 osób razem. Ilość optymalna. „No, dobra” pomyślałam „Zrobię z nimi pierwszą lekcję, a potem zobaczę co dalej.”

piątek, 6 listopada 2009

Kobieta czy mężczyzna?

Tydzień przed końcem października zgłosiła się do mnie tajemnicza osoba. Okazało się, że to dziewczę.
Fakt, nie robi mi to wielkiej różnicy czy na me rancho przyjechałaby pomagać kobieta czy mężczyzna. Ważne by była to osoba pracowita, uczciwa i lojalna.
 
Jednak jest tu tak wiele ciężkiej pracy i obawiam się, że dziewczątko przerosłoby to i nie byłaby zadowolona z przyjazdu tutaj, bo obecnie nie ma czasu na luz – trzeba zasuwać. Franklin, choć to mężczyzna wymiękł po ledwie miesiącu. Dziewczyna pewnie po paru dniach by spuchła. Tylko Indianka może dać sobie tu radę. To jej gospodarstwo i jej krzyż, który musi samotnie nieść dalej do przodu.
 
Poza tym, chwilowo jestem zmęczona obecnością obcych w mym domu i chcę od nich odpocząć, no i ten pokój gościnny aktualnie zaadaptowałam na gabinecik, w którym pracuję nad różnymi dokumentami. Potrzebuję w domu uporządkowany kąt na wszystkie moje dokumenty i papiery. Będą też potrzebne regały. Prawdopodobnie także nowa, niezawodna drukarka.

Gospodarczy dzień

Wczoraj Indianeczka spędziła gospodarczy dzień. Gospodarczy związany z prowadzeniem domu. Prace domowe niestety też wymagają poświęcenia im czasu. Zatem pojechała na rowerze na pobliską wieś, gdzie zrobiła duże i ciężkie zakupy, głównie warzyw i środków czystości. Ależ drożyzna w tych wiejskich sklepach! Na przykład mąka jest 100% droższa niż w Biedronce! W Biedronce 87gr/kg, a tu we wsi 1,70zł/kg. Wszystko jest droższe no i mały wybór, zwłaszcza niewiele warzyw. No, ale niestety, Indianka ciężko fizycznie pracuje, więc musi mieć siłę i zdrowie by sprostać wygórowanym zadaniom. Warzywa, zawarte w nich witaminy są niezbędne Indiance. W następnym roku ma zamiar zryć glebogryzarką kawał ziemi i posiać swoje warzywa, w tym roku nie było na to czasu w związku z sadzeniem ogromnej ilości drzewek. By odbić sobie przepłacenie za wiktuały w sklepie wiejskim Indianka poszła na jabłka i zebrała kosz jabłek i tego samego wieczoru zrobiła z tych jabłek wiadro pysznej marmolady.

środa, 4 listopada 2009

Papeteria firmowa

Indianka tak się zaprzyjaźniła z drukarką, że zaprojektowała i wydrukowała firmową papeterię gospodarstwa.
Wydrukowała etykiety i koperty firmowe, bo szkoda jej czasu na ręczne adresowanie kopert, oraz ponieważ zabrakło jej odpowiednio dużych kopert, więc zaszła konieczność stworzenia nowych.
 
W tak zwanym międzyczasie zajęła się zwierzętami, ale niestety zabrakło czasu  na drzewka.
Straszna wichura – wiatr pomiata plandekami przykrywającymi gałęzie i chrust opałowy. Mroźno. Nieprzyjemnie na dworze. Indianka tym chętniej została w domu, by dokończyć korespondencję.

Drukarka jakoś drukuje, ale często się zawiesza, prawdopodobnie z powodu niefirmowego cartridge’a.
Trochę czasu pochłania przekonywanie drukarki by drukowała. Jednak wszystko gotowe do wysłania. Koperty starannie i schludnie zaadresowane czekają na Listonosza. 

Krnąbrna drukarka

Indianka podjęła zaciętą walkę z krnąbrną drukarką co nie wiadomo czemu nie chciała drukować. Najpierw walka toczyła się o to, by drukarka cokolwiek wydrukowała. Nie było łatwo. Maszyna zacinała się, wykazywała error lub ględziła, że cartridge niewłaściwy. Wciągnęła papier i zrobiła z niego dżem („jam”)... :)))
 
W końcu, niespodziewanie wydrukowała testową stronę, tyle, że wyłącznie w czarnym kolorze. Zawsze coś – jakiś postęp. Potem nastąpiło kilkanaście bezskutecznych prób wydrukowania dokumentów. Indianka nie odpuszczała niesfornej maszynie – skoro mogła wydrukować testową stronę – to musiał być sposób aby mogła wydrukować dokumenty Indianki. WRESZCIE, po którejś z rzędu próbie, drukarka raczyła krzywo drukować. Były też ubytki – dokument niestandardowy – nie mieścił się w typowych marginesach. Trzeba było kombinować, by niektóre tabele zechciały się wydrukować w całości. Ostatecznie to co miało być wydrukowane – zostało wydrukowane.
 
Rozochocona Indianka poszła dalej w swych zapędach – skserowała też pewne pismo. Zadania zostały wykonane. Indianka zakończyła zmagania z okiełznaną z grubsza maszyną o 2.00 w nocy. NIC TO!
Nagrodą jest to, że nie musi jutro jechać do zakichanego Olecka tylko po to by wydrukować zakichane dokumenty! Mało tego – odtąd będzie WSZYSTKIE swoje pisma drukować na miejscu! Ufff... jaka ulga i wygoda – Indianka za to w nagrodę jutro śpi dłużej ;)))). MASZYNA OPANOWANA ;)))).  Indianka poczuła się fajnie, jak w czasach miejskich, gdy panowała nad wszystkimi swoimi urządzeniami i szybko działała na swoim komputerku i żadne sprawy papierkowe nie stawały kością w gardle. Odtąd żadne zaległe pisma nie będą psuły Indiance sielskiego nastroju... :)

wtorek, 3 listopada 2009

Gorrrąca kąpielll...

No, co prawda miałam na dziś inne plany, choć nie do końca sprecyzowane, to jednak miałam zacząć dzień od dojenia kóz lub sadzenia drzewek i wyglądać spodziewanej paczki z łakociami i innymi urozmaicającymi dietę suplementami, ale wczoraj poszłam bardzo późno spać po pracy do upadłego w dzień w polu i w nocy w domu, więc dziś z rana dołożyłam do pieca i wreszcie się wykąpałam. Wczoraj w nocy już byłam za słaba na to. Pewnie bym w wannie zasnęła albo zasłabła. Poza tym wczoraj w sadzie mnie nieźle przewiało w tej mojej cienkiej wiatrówce, więc wskazane wygrzać się na maxa. Moja robocza kurta - brudna – pożyczyłam Franklinowi do pracy i teraz wymaga gruntownego prania. Namoczyłam ją w wannie z wodą po kąpieli. Niech odmoknie, a potem ją wypiorę i wysuszę przy piecu, żeby była najdalej na jutro gotowa do pracy. Muszę ciepło się ubierać – nie  mogę sobie pozwolić na przeziębienie, dlatego też dziś Listonosza przywitałam z zatkanymi ustami coby śmiertelna świńska grypa lub inna złośliwa odmiana mnie nie zaatakowała. Pamiętam aż za dobrze tę feralną grypę kilka lat temu, gdy leżałam nieprzytomna w domu, a żaden z moich bezdusznych wiejskich sąsiadów nawet się nie zainteresował czy jeszcze żyję i czy mi czegoś nie trzeba. Tutaj na Mazurach Garbatych trzeba polegać wyłącznie na sobie i być przygotowanym na najgorsze opcje. Najlepszym sposobem na chorobę jest unikać jej. Więc mam zamiar unikać. Zrobić zapasy żywnościowe na całą zimę i nigdzie się stąd nie ruszać dopóki pandemia nie minie.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Epokowy sen

Miałam ciekawy sen...

Przestrzeń życiowa odzyskana...

Wstał poranek – Indianka otworzyła oczka rozespane i wspomniała wczorajsze pożegnanie...
uhahaha... cała chata dla mnie :)))))))) Gramolny Franklin pojechał do Poznania... CAŁY MIESIĄC z nim wytrzymałam :)))). Dzielna byłam... TAK mnie irytował... ufff... no, ale było co było i się skończyło.
Odzyskałam moją przestrzeń życiową w domku i na rancho!



Indiankę ramiona i ręce bolą po wczorajszej ciężkiej pracy w sadzie, ale uporała się z zabezpieczeniem korzeni przed mrozem i przesychaniem, dobrze sobie tam rozplanowała zadania, podzieliła na etapy i dalej będzie działała sama systematycznie. Jeśli pogoda będzie plusowa do końca listopada – to sama da radę uporać się z sadzeniem drzewek. Taką ma nadzieję. Z Franklinem niewiele posadzili, ale zawsze coś. Większość roboty spada na nią samą.


Indianka wczoraj wcześnie poszła spać, bo ledwie o 20.00. Bardzo zmęczona była i senna. Spała jak suseł do 8.00 rano, czyli 12 godzin. Organizm przemęczony potrzebował długiej regeneracji.

niedziela, 1 listopada 2009

Kto się czubi, ten...

Kto się czubi, ten drałuje 60km do Giżycka na rowerze w nocy :D

Dwa dni temu Franklin czując bliskie opuszczenie Ranch’a, zaczął się stawiać i pokazywać swoje fochy. Odmówił wydojenia kóz. Indianka połknęła złość wtedy i dalej zmywała naczynia i szykowała obiad na następny dzień. Dała mu drzwi do skrobania z pianki i taśmy zamiast dojenia tych kóz, a następnego dnia sama wydoiła kozy. Pozornie było niby okay. Pozornie ;)

Dzisiaj do 12.00 wykopywał sadzonki z dołów. Sadzonki z gołymi korzeniami trzeba było zabezpieczyć na noc przed przymrozkiem i przesychaniem. Indianka poprosiła go, by pomógł je przenieść na stanowiska i wkopać w pęczkach, aby zabezpieczyć korzenie. Odmówił. Obwieścił, że on będzie się pakował. Tak więc OD 12.00 DO 17.00 pakował JEDEN plecak. Nie uszło indiańskiej uwadze, że celowo długo go pakował, by nie pomóc przy drzewkach, bo mu się po prostu pomagać nie chciało. Z powodzeniem mógł pomóc pozabezpieczać drzewka do 16.00. Zdążyłby zjeść, umyć się, spakować i wyspać. Ale nie – samiec musiał pokazać swoje. 



Trafiła kosa na kamień. W tej sytuacji Indianka stanęła okoniem :D Sama ciężko pracowała w sadzie. Przyszła po zmroku z sadu i powiedziała Franklinowi, że gdy się skończy pakować (jeszcze coś tam manipulował przy rowerze i sakwach – podobno przymiarki robił do wsiadania do pociągu) to żeby zaprowadził rower z tymi sakwami do stajni i zamknął. On na to apodyktycznym tonem, że rower i sakwy śpią z nim w Indianki domu. Na to Indianka – NIE.
Franklin „Dlaczego?”
Indianka „Nie ma sensu aby go tam z powrotem wnosić objuczonego tymi sakwami – nie ma miejsca, poza tym jutro i tak jedziesz”.

Na to Franklin, że on w takim razie będzie spał z rowerem w stajni.
„Jak chcesz” – odrzekła niewzruszona Indianka.
„Jak ja tam będę spał?” – zapytał Franklin.
Indianka „Nie wiem. Masz śpiwór.”
„To daj mi tam materac”
„Nie dam. Śpię na nim. Wstaw rower i sakwy do stajni, daj mi dowód i śpij w moim domu”.
„Warunki jakie mi stawiasz mi nie odpowiadają”
„Trudno, mi nie odpowiadało, że odmówiłeś wydojenia kóz dwa dni temu” – rzekła gniewnie Indianka.



Na to Franklin, z pretensją, czemu mu od razu mu nie powiedziała, że nie może spać dziś wieczór w domu, bo by od razu pojechał.
„Nie pojechałbyś od razu, bo się do tej pory pakowałeś. Możesz spać w domu, ale Twój rower i sakwy nie.”
Poprosił o zapalenie światła na dworze. Indianka weszła do domu i zapaliła.

Wyszła na dwór do Franklina i zapytała: „Chcesz gorącą herbatę?”
„Może i się napiję.”
Weszła do domu i wstawiła wodę na herbatę. Gdy woda się zagrzała wyszła do Franklina ciągle grzebiącego przy sakwach z pytaniem:
„To jaka decyzja? Śpisz w domu czy stajni?”
„Chyba pojadę.”

„No to szerokiej drogi.” To mówiąc weszła do domu. Przez okno zobaczyła, że ogląda mapkę. Zgasiła światło na dworze i weszła do kuchni robić kolację.



Po chwili Franklin zapukał do drzwi. Indianka otworzyła je z szerokim uśmiechem na twarzy :D
No to jak, jaka decyzja? Nocujesz czy jedziesz?
„Jadę. Chciałem się pożegnać.”
„No to szerokiej drogi.” – rzekła Indianka uśmiechając się pod nosem.
Zamknęła drzwi za Franklinem i weszła do kuchni. Nagle zrobiło jej się smutno i żal Franklina.
Zapaliła światła na dworze i wyszła do niego zapraszając go do zanocowania w domu ten ostatni raz – łącznie z rowerem i sakwami.
„żartowałam.” – uśmiechała się od ucha do ucha, ale Franklin urażony powiedział, że on nie lubi takich żartów i że jedzie.
No, to jak chcesz. Dobranoc.” – odrzekła Indianka i weszła do domu.

Franklin odjechał w ciemną dal...

Zmiana wart

OOO... 7 dni temu ktoś nadał wiadomość na moim blogu, że chce mi pomóc na gospodarstwie :D
Zgłoszenie rychło w czas :D Tak zwany „good timing” :D
Zmiana wart :D Ciekawe co z tego wyniknie! :D
Drzewka czekają i korzonkami z niecierpliwości tuptają :D Come on! :D

Pora na zmiany

No, Franklin zdzierżył ciurkiem cały miesiąc – to i tak najdłużej wytrzymał surowe warunki wiejskiego żywota z tych wszystkich osób jakie się tu przewinęły ostatnio. W sumie dzielny był. Miał też swoje zalety: uczciwość, systematyczność, dokładność, inwencja twórcza w wykonywanych zadaniach. Mozolnie i pracowicie było, ale się skończyło. Pora rozejrzeć się za nowym lokatorem do pokoiku gościnnego. Niech pomaga na gospodarstwie lub płaci za pokój. Zawsze to jakaś ulga dla mnie będzie.
 
Tymczasem Franklin dostał ciekawą propozycję przeprowadzki do mego znajomego na lepsze warunki:  zakwaterowanie + bogate wyżywienie w domku na wsi w zamian za lekkie prace domowe. Franklin zastanawia się. Miał wracać do Poznania, a tu taka nieoczekiwana propozycja. Jest zainteresowany, ale musi tę propozycję przetrawić. Więc dzisiaj trawi ;)